A na weekend polecam …

znaleźć coś na własną rękę, bo oddalona od Trójmiasta jakieś … 2500 km lekko licząc, w tym tygodniu raczej średnio pomocna będę. Albo i wcale 😉

Za to w ciemno polecić mogę naszą coroczną tradycję związaną z dniem 11 listopada czyli udział w Paradzie Niepodległości. Pierwszą odbyliśmy w miejscu urodzenia Testera czyli w Gdyni, a wszystkie kolejne już w  Gdańsku. W naszą rodzinną tradycję wpisało się najpierw zazwyczaj marznięcie i moknięcie w oczekiwaniu na przemarsz wszystkich uczestników parady, moment najważniejszy czyli machanie do maszerujących, a potem obiad i rogaliki św. Marcina zjadane u dziadków. W tym roku oczywiście nie będzie inaczej. Może nawet wujka Cezarego uda się zobaczyć i mu pomachać 😉

Pozostałe weekendowe atrakcje Testerów to basen, urodziny koleżanki z przedszkola oraz niedzielna wizyta dziadków, ale jeśli ktoś planów żadnych nie ma, to oprócz atrakcji proponowanych przez gdańskie Hevelianum oraz gdyński Experyment mogę na przykład zaproponować podziwianie sportowych aut w gdańskiej galerii Przymorze (sobota, 12.11.) albo sztuki teatralnej „Tomcio Paluch” w gdyńskim Centrum Handlowym Riviera (niedziela, 13.11, godz. 12:00).

Jeszcze bardziej wymagającym klientom polecam rodzinne warsztaty „Solid(ar)na Ferajna” organizowane w Europejskim Centrum Solidarności w Gdańsku (13.11, niedziela, godz. 11:00). Atrakcja przewidziana jest na około 2 godziny, grupa docelowa to rodziny z dziećmi w wieku 6-11 lat, a koszt udziału w warsztatach to 20 zł od rodziny. Zainteresowanych odsyłam na stronę internetową ECS.

1688389__kr.jpg

Ameryki nie odkryję …

dzieląc się z Czytelnikami takim oto przemyśleniem – czas spędzany rodzinnie jest bardzo ważny, ale równie ważne są momenty spędzane sam na sam z jednym dzieckiem. Zwłaszcza jeśli ma się ich dwoje albo więcej. Te momenty, kiedy dziecko nagle pozbawione potrzeby rywalizacji i zabiegania o uwagę wynikających z nieustającego obcowania z siostrą lub bratem, nagle jawi nam się zupełnie ale to zupełnie innym człowiekiem. Takim bardziej łagodnym, wyciszonym, skorym do współpracy oraz pozbawionym diabelskich różków i ogona. Naprawdę warto od czasu do czasu w takim właśnie wydaniu własne dziecko zobaczyć.

IMG_20161014_085951.jpg

A możliwość taką dała nam rodzicom ostatnia październikowa choroba Testerki, kiedy to paskudne zapalenie płuc uwięziło ją najpierw w szpitalu a zaraz potem w domu. I jakież było nasze zdziwienie, kiedy to Testerka z powszechnie znanej „fighterki” skorej do rozpoczynania kłótni, a nawet bójek ze starszym bratem, nagle całkiem niespodziewanie przemieniła się w aniołka. No … prawie aniołka. Takiego, co układa puzzle śpiewając sobie pod nosem, wozi lalki w wózku i pomaga mamie wieszać pranie. Był to niewątpliwie cenny dla nas czas, który dostarczył zupełnie innych niż zazwyczaj przeżyć oraz całkiem już dorosłych rozmów o świecie i życiu. Żeby nie było za pięknie – wraz z powrotem Testera z przedszkola czar oczywiście pryskał, karoca zmieniła się w dynię a Testerce wyrastały różki, jednakże wspomnienie tamtych chwil zdecydowanie pomaga te trudniejsze momenty przetrwać. Poza tym dzięki temu wiemy, że mimo całej miłości, czasem owszem trudnej i takiej „z kolcami” jaką darzą się Testerzy, czasem potrzebny jest im taki właśnie czas na wyłączność z jednym z rodziców. Takie wakacje od wspólnego testowania świata.

Żeby nie było, że to cudowne przemienienie tylko dziewczynek się tyczy, to również Tester zatrzymany niedawno w domu przez chorobę z jednym z nas udowodnił, że i jemu takie rozstania służą. Że można sobie w ciszy posiedzieć, porysować, z ciastoliny pokleić, a wszystko to bez rogów i czarciego ogona. Doświadczenie to uświadomiło nam rzecz zdawałoby się prostą i oczywistą, a jednak zapomnianą – że nawet Testerzy,mimo że niczym Bolek i Lolek zawsze występują w parze, czasem potrzebują pobyć z jednym z nas tylko w swojej własnej bajce bez konieczności dzielenia się fabułą. Gorąco takie rozwiązanie polecam i jako stały punkt naszych weekendów przynajmniej raz w miesiącu zamierzam praktykować.

Operacja kryptonim „Delegacja”. Część 1 – Przygotowania.

Tym razem to przygotowania do wyjazdu stanęły mi na przeszkodzie w sporządzeniu wpisu z weekendowymi propozycjami, za co tradycyjnie już przepraszam. Zresztą specjalnej motywacji ku temu również nie było, bo wiedzieliśmy wszyscy na czym upłynie nam weekend. Na wielkich przygotowaniach.

Jak dużym wyzwaniem jest przygotowanie rodziny na swoją dwutygodniowa nieobecność nie trzeba nikomu tłumaczyć. W obliczu tak trudnego zadania mamy dwa wyjścia – pójść na żywioł i przygotować wszystko, na każdą okazję, opcję oraz rozwiązanie, albo drugie – zachować spokój i zrobić tylko to co potrzeba, ale za to porządnie. Postawiłam na to drugie. Bo macierzyństwo uczy wielu nowych rzeczy, z których najważniejszą jest to, że pewnych spraw i tak nie da się przewidzieć. Dlatego lepiej po prostu skupić się tylko na tym, z czym się aktualnie mierzymy, a pozostały czas wykorzystać na przyjemności. Tego w każdym razie staram się zawsze trzymać i na razie rozwiązanie to działa.

Sprawne spakowanie ubrań do walizki, zgromadzenie niezbędnych map, przewodników, dokumentów, telefonów i innych rzeczy wcale najważniejsze i najtrudniejsze nie jest. Najważniejsze to znaleźć czas i odpowiednio wcześnie zacząć oswajać Testerów z wizją nieobecności Mamy i nawet jeśli okazują zrozumienie lub wręcz euforię („Hurra! Będą prezenty”) nie cieszyć się za szybko i nie uznawać tematu za załatwiony. Testerom jak zawsze w takiej sytuacji pomogło wytłumaczenie gdzie będę (serduszko naklejone na globusie), jak długo (karta z wypisanymi cyferkami do skreślania) oraz cóż … perspektywa tego, co im przywiozę (Lego Ningago oraz mówiąca lalka). Temat wyjazdu jednak i tak wymagał wielokrotnego przerabiania, bo to co pamiętali we wtorek, już w sobotę z małych głów ulatywało.

Przechodząc do rozwiązań pod hasłem „technika w służbie macierzyństwa” warto pokłonić się twórcom takich komunikatorów jak Skype i Messenger, no i nawet słynąc z niechęci do tego typu rozwiązań, zapoznać się odpowiednio wcześniej z ich funkcjonowaniem. Nawet teraz z perspektywy dopiero dwudniowej nieobecności już doceniam ich wkład w nasze aktualne życie rodzinne, a radość Testerów oraz Mamy widzących się wzajemnie na ekranach komputerów nie ma ceny.

A jeśli już na zbliżającą się nieobecność jesteśmy zabezpieczenie technicznie oraz emocjonalnie, warto zadbać również o rozwiązania praktyczne czyli ubrania, posiłki, program animacyjny oraz osoby do ewentualnej pomocy dla Taty Testerów. Najłatwiej poszło z ubraniami (w każdym pokoju stos kompletów na każdy dzień) i posiłkami (przedszkole, a w weekendy babcia), chociaż kwestie rozrywki i opieki również nie były problemowe. Poza tym kartka z lekami, godzinami zajęć na basenie, datami i godzinami urodzin koleżanek z przedszkola … Tak na wszelki wypadek, bo wierzę, że i bez nich Tata Testerów poradziłby sobie doskonale.

Przed samym wyjazdem mimo natłoku zajęć i spraw „do odfajkowania” z niekończących się list, warto również zadbać o to, żeby ten ostatni wspólny dzień obfitował w jakieś przyjemne i niecodzienne dla dzieci wydarzenie. U nas oprócz pospiesznych zakupów (zimowa kurtka dla Testera, ciepłą czapka dla Testerki), które były nie tyle przyjemnością co koniecznością,  udało się również zabrać dzieci na pizzę, posiedzieć sobie wspólnie i porozmawiać.

IMG_20161105_135312.jpg

Wyjazdy z domu są czasem koniecznością, a czasem potrzebą. Zdarza się również, że są wypadkową obu tych powodów. Niby każdy to wie i rozumie, ale nawet teraz, kiedy Testerzy są już starsi i rozumni, zdarza mi się przy okazji takich wyjazdów, zarówno tych dłuższych jak i krótkich, borykać się z nie tyle krytyką, co niedowierzaniem, że tak można. Zostawić w domu, potęsknić i „że ja bym tak nie mogła”. Przy czym to ostatnie to najpopularniejszy argument 😉 Mimo, że wszyscy się zgadzamy, że matka to też człowiek i że w życiu tak samo jak w przyrodzie konieczna jest równowaga. No i że nie ma nic przyjemniejszego po takich wyjazdach jak powitania.