To znowu my. Czyli Testerzy wracają do gry.

Tym oto optymistycznym akcentem pragnę zainaugurować wielki powrót Testerów do aktywności blogowej po okresie urlopowym oraz pourlopowym, który przyniósł równie dużo zamieszania, co sam urlop. Proces adaptacji Testerów do życia codziennego przebiegał momentami bardzo burzliwie, a problemy nastręczało nie tylko odnalezienie kąpielówek, lewego klapka oraz ulubionej książki Testera, ale również zagubionej gdzieś po drodze dyscypliny. No właśnie. Znamy to wszyscy … Ale ogarnęliśmy się z grubsza i ruszamy z nową energią.

Jako że dziś czwartek, działalność wznawiamy naszą stała pozycją czyli propozycjami na weekend. Pogoda sprawy nam nie ułatwia, bo trudno przewidzieć czy bardziej wskazana będzie wycieczka do lasu czy wyprawa do kina. Obstawiam wariant pierwszy, optymistyczny czyli piękną wakacyjną pogodę i dla odmiany od zainfekowanych chwilowo sinicami plaż polecę bezpieczniejsze rozwiązanie. Rozwiązaniem tym jest nasz lokalny wrzeszczański produkt w postaci Podleśnej Polany.

IMG_20160727_182229.jpg

Aby gołosłownym nie być, w dniu wczorajszym przetestowaliśmy teren organizując w trybie szybkim nasz mini piknik w postaci kolacji na łonie natury, którą to Testerzy po sporej dawce aktywności fizycznej z wielkim apetytem spożyli. Miejsce już kiedyś polecałam, więc tylko dodam, że nadal jest tam urokliwie, przyjemnie, blisko od cywilizacji, a jednocześnie daleko niby 😉 Dobre rozwiązanie zarówno dla wielbicieli słońca, jak i amatorów cienia. Szałasy stoją, „tyrolka” działa i aż się prosi o skorzystanie.

IMG_20160727_182417.jpg

IMG_20160727_191201.jpg

IMG_20160727_182701.jpg

IMG_20160727_192357.jpg

IMG_20160727_192405.jpg

Jeśli pogoda figla z deszczem nie spłata, to naszą sobotnią destynacją będzie Gdynia. W planach mamy przetestowanie gdyńskiego salonu fryzjerskiego „Czuprynki”, a potem poszukiwanie atrakcji oraz przygód na ulubionym placu zabaw na terenie śródmiejskiej plaży. W ten weekend w Gdyni odbędzie się również V Nadmorski Plener Czytelniczy, w ramach którego ponoć i dla najmłodszych gości planowane są atrakcje. Wprawdzie w programie imprezy próżno ich szukać, ale może nas czymś organizatorzy zaskoczą.

Poza tym ten weekend to również rozpoczęcie Jarmarku Św. Dominika. W tym roku Plac Kobzdeja jest miejscem, w którym można będzie przez cały okres trwania jarmarku szukać atrakcji dla dzieci. Zainteresowanych odsyłam na internetową stronę imprezy, bo za dużo byłoby do przepisywania 😉

A gdyby jednak pogoda przyjazna nie była dla chłopców mniejszych i większych polecam wizytę w kinie Helios w ramach Filmowych wakacji z Bobem Budowniczym. Zresztą dziewczyny też lubią Boba.

Szczyrk. Na przekór pogodzie.

Słowo się rzekło, rezerwacja zrobiona, zaliczka wpłacona, więc cóż … Wbrew kiepskiej pogodzie i jeszcze bardziej kiepskim prognozom wyruszyliśmy w środowy lipcowy poranek na nasze kolejne wakacje. Tym razem zamieniliśmy samolot na auto, ciepły klimat na deszczowe Beskidy, a hotel z Kotvy na polski Klimczok.

IMG_20160714_123407.jpg

Podróż była trudna i … chyba na tym zakończę, aby nikt z wybierających się z dziećmi autem na wakacje za sprawą tego wpisu nie zmienił planów 😉 Podróż zajęła nam 8 godzin. W sumie gdyby nie kilka przerw na sikanie, jedzenie, podnoszenie zabawek z podłogi, grożenie wysadzeniem z auta i awanturowanie się, dałoby się trasę i w 6 godzin pokonać. W naszych realiach to był i tak dobry wynik.

Pogoda była marna. Może i nie było zimno – temperatura oscylowała w granicach 19-22 stopni – ale za to padało. Ciągle. Notorycznie. Od rana do nocy, z niewielkimi przerwami, w czasie których udało nam się zwiedzić Szczyrk (na szczęście do zwiedzania za wiele nie ma)

IMG_20160714_143408.jpg

Żywiec (parki i muzea, więc głównie pod dachem)

IMG_20160717_115351.jpg

IMG_20160717_130338.jpg

IMG_20160717_133715.jpg

oraz Bielsko – Białą, gdzie już musieliśmy salwować się ucieczką przed deszczem do galerii handlowej. Fakt, że nie takiej całkiem zwykłej, bo tej z pomnikiem lubianych przez Testerów Bolka i Lolka,

IMG_20160716_135247.jpg

gdzie Testerzy szóstym zmysłem wyczuli „kulkownię” czyli salę zabaw „Leopark”. Sala jak to sala, ale przesuwające się na szynach helikoptery napędzane siłą mięśni nóg nawet na mnie zrobiły wrażenie. Mimo, że przejechałam się nimi jakieś 136 razy.

IMG_20160716_140617.jpg

Trafił się też jeden dzień prawie bez deszczu, kiedy to postanowiliśmy zaryzykować i wybrać się kolejką na Szyndzielnie, a następnie na własnych nogach pokonać szlak prowadzący na Klimczok.

IMG_20160714_144549.jpg

Widoki były piękne, jagody przy drodze smaczne, choć ja i tak główną część wyprawy spędziłam na spoglądaniu w niebo i pytaniu samej siebie – „spadnie ten deszcz czy nie spadnie?”.

IMG_20160715_152611.jpg

IMG_20160715_113838.jpg

IMG_20160715_120101.jpg

Nie spadł na szczęście, ale kolejne dni padało już tak, że z żalem darowaliśmy sobie i Chatę Wuja Toma i Sanktuarium Na Górce, zamiast tego oddając się rozkoszom kulinarnym, kulturalnym oraz basenowym, które na szczęście oferuje hotel Klimczok.

IMG_20160714_134328.jpg

IMG_20160714_134613.jpg

Poza tym wnętrza hotelowe odnowione, zadbane, pokoje duże, a nasz – z racji faktu, że dzień przyjazdu do Szczyrku był również dniem urodzin Taty Testerów – był jeszcze większy i jeszcze ładniejszy niż pozostałe. Jedzenie również wyśmienite, więc szybko udało nam się niestety nadrobić niedobory kaloryczne z Bułgarii. Hotel faktycznie troszczy się o najmłodszych gości, gdyż oprócz normalnych posiłków tj. śniadań i obiadokolacji, w godz. 13-14 dla dzieci serwowane są zupy, a w godz. 18-19 lody. Fajnie byłoby zajadać je w słońcu na tarasie, ale cóż … No i obsługa wyjątkowo miła i pomocna.

IMG_20160714_172844.jpg

IMG_20160717_190449.jpg

Oprócz fajnego kompleksu basenowego z „rwącą rzeką” wypływającą na zewnątrz hotelu, która była największą atrakcją dla młodych gości, w hotelu jest również sala zabaw zwana „Figloparkiem”, gdzie Testerzy solo oraz w duecie testowali zjeżdżalnię.

IMG_20160715_095319.jpgPoza tym stoły do tenisa, piłkarzyki oraz codzienne animacje.  Dzieci opalone bułgarskim słońcem do tej nagłej zmiany klimatu podeszły ze spokojem, więc i nam z czasem przestała ona aż tak doskwierać. No i zewnętrzne jacuzzi z widokiem na góry też sporo rekompensowało.

Generalnie – będziemy tęsknić, ale … No właśnie. Podstawowym wakacyjnym problemem w Polsce jest pogoda i kompletny brak pewności co do niej. Ostatecznie w każdych warunkach można postarać się czas miło spędzić, ale wiadomym jest, że o wiele przyjemniej jest bawić się, spacerować i zwiedzać nowe miejsca w krótkim rękawku, a nie w przeciwdeszczowej kurtce. Poza tym nie chcę nawet myśleć o tym jak nasz tygodniowy pobyt wyglądałby w jakimś niewielkim pensjonacie bez sali zabaw, basenu …To doświadczenie upewniło nam w przekonaniu, że w przyszłe wakacje – mimo całej naszej miłości do polskich gór, rzek i jezior – postawimy na pewniaka czyli na jeden, ale za to dłuższy urlop w jakimś zdecydowanie cieplejszym kraju, a zwiedzaniem Polski zajmiemy się poza sezonem.

Zainteresowanych pobytem w hotelu Klimczok odsyłam na ich oficjalną stronę internetową, zapewniając jednocześnie, że wszystkie zamieszczone tam zdjęcie pozostają w zgodzie z rzeczywistym stanem obiektu. No może za wyjątkiem jednego elementu – pięknej pogody 😉

 

Nasz pierwszy raz. Bułgaria.

Pierwszy raz może wydarzyć się spontanicznie lub jako wynik długotrwałych przygotowań. Nasz – z racji młodzieńczego wieku Testerów, ilości klamotów do zabrania oraz potencjalnych problemów, które mogą oni wygenerować – należał do tych drugich. Pierwsze wakacje poza krajem. Plus lot samolotem. Czyli wielkie wyzwanie. Żadnych spontanicznych uniesień. Sto procent planu.

Przygotowania do wyprawy niczym alpiniści rozpoczęliśmy blisko rok przed terminem, kiedy to w biurze podróży zapodałam nasze oczekiwania – lot krótki, transfer lotnisko – hotel jeszcze krótszy, hotel przyjazny dzieciom i czysty, do tego baseny, zjeżdżalnie, mini przedszkole oraz wszystko to, co dzieci lubią najbardziej. Czas wyprawy – lipiec. Długość  pobytu – tydzień. Czyli absolutnie wszystko to, co podróżując wcześniej, w epoce „bez dzieci” już na wstępie wykluczałam. Czyż życie nie jest przewrotne ? Jest. I tak oto padło na Bułgarię. Tam też jeszcze nigdy nie byłam.

Bułgaria oprócz wyżej wymienionych zalet miała dla nas jeszcze jeden niewątpliwy plus – ze wszystkich wakacyjnych destynacji jawiła się jako miejsce najbezpieczniejsze. Zarówno w kontekście terrorystów, jak i potencjalnych problemów pokarmowych, które często przytrafiają się na wakacjach.

Lot faktycznie krótki (ok. 2 godziny), Testerzy przetrwali go bez awantur ale też bez specjalnych emocji („tak, tak … tak samo jak autobus tylko w chmurach”), klimat zbliżony do polskiego czyli takie naprawdę upalne lato, ale woda dwa razy cieplejsza niż w Bałtyku. Flora bakteryjna na tyle zbliżona do naszej, że nikt ze znanych nam osób dużych i małych nie nie doświadczył żadnych żołądkowych przygód.

Hotel (Kotva, Słoneczny Brzeg) wygrał w castingu z racji własnego aquaparku oraz rozbudowanej infrastruktury basenowo – dzieciowej. Transfer z lotniska nie przekroczył 30 minut, a położenie w pobliżu centrum, sklepów, a nawet szpitala dawało poczucie psychicznego komfortu. Tylko bankomatu nie było, ale miało to swoje plusy 😉 Obecność dmuchańców, cymbergraja, sklepów z ręcznikami z Elzą, Psim Patrolem itp. trochę drenowała portfele, ale przynajmniej ceny nie należały do wygórowanych.

IMG_20160707_201059.jpg

IMG_20160704_201007.jpg

Pokoje odnowione, animacje w języku polskim, lodów i owoców pod dostatkiem, a jedyną rzeczą na którą można było narzekać, to rzeczywiście, niezbyt wyszukana i monotonna kuchnia. Ale – jakby to przedstawili fachowcy od PR – przynajmniej drogi gościu nie przytyjesz 😉 Poza tym smaczne arbuzy, melony i dojrzałe pomidory sporo rekompensują. No a mewy wielkości psów nieprawdopodobnie podkręcają klimat 😉 Poza tym baseny, zjeżdżalnie, rury, brodziki, skalne groty … Po dwóch dniach brodzenia wokół nich wszystkim nam się pomarszczyły stopy.

IMG_20160703_140011.jpg

IMG_20160706_122837.jpg

IMG_20160703_102645.jpg

IMG_20160703_102908.jpg

A jak już przy tym brodzeniu w basenach jestem, to chciałabym również wpisem tym odczarować pewien mit. Mit wakacji z dzieckiem jako czas odpoczynku dla rodziców. Odpoczynek to owszem, mają dzieci, a rodzice to samo jak w domu – all inclusive 24h na dobę, tyle że bez prania, prasowania, gotowania, zmywania oraz załamań pogody, bo z tymi psychicznymi to już różnie bywa. I spieszę wyjaśnić niedowiarkom – to, co udaje się przy jednym dziecku, względnie dwójce ale z większa różnicą wieku, w naszej fabryce kompletnie się nie sprawdza. Tu na każdej zmianie musi być minimum dwóch pracowników.

Z rzeczy niepotrzebnych, które taszczyliśmy ze sobą w nadmiarze na pierwszy plan wysuwają się ubrania (za dużo, zwłaszcza tych grubszych), skarpetki (produkt nieużywany) oraz książki, bo Testerzy wieczorami padali w minutę nie domagając się czytania. To samo dotyczy gier, puzzli i ogólnie zabawek, bo to co na miejscu i tak będzie ciekawsze. Nawet jeśli to kredki, gumowa piłka z Dorą i dwie łopatki z Miki. Warto za to zadbać o oryginalne lub przynajmniej rzucające się w oczy nakrycia na dziecięce głowy, gdyż ułatwia to bardzo proces czuwania nad bezpieczeństwem Testerów w akwenach wodnych i odróżnienie ich od innych podobnie wyglądających pływaków. Poza tym „must have” – koła do pływania, rękawki, krem z filtrem i okulary przeciwsłoneczne. No i cierpliwość, luzik, spokój … Względnie dobre leki 😉

Z cyklu „rozczarowania” – rozczarowała nas plaża. Brzydka, wąska, niezbyt czysta, bez przyzwoitej infrastruktury, pryszniców, toalet. No a przez wodę, która akurat zakwitła pod wpływem upału, Tester już zawsze będzie twierdził, że Morze Czarne tak naprawdę jest  … zielone niestety.

IMG_20160706_102116.jpg

IMG_20160706_104108.jpg

Z cyklu „zachwyty” to na pewno Nesebar (Nesebyr) – przecudnej urody miasteczko, jedno z najstarszych w Europie, malowniczo położone na półwyspie. Brukowane uliczki, kawiarniane tarasy z widokiem na morze, dużo zieleni, kwiatów … Zasłużenie wpisane na listę światowych zabytków UNESCO. Od naszego hotelu położone jakieś 3-4 km, a skomunikowane kolejką turystyczną, która pokonuje tą trasę wzdłuż linii brzegowej w jakieś 7-8 minut.

IMG_20160703_175103.jpg

IMG_20160703_185452.jpg

IMG_20160703_184328.jpg

Pewnie można w sposób bardziej twórczy spędzać wakacje. Chodzić po lesie, słuchać śpiewu ptaków, moknąć razem w deszczu, budować szałasy czy nawet przebyć pieszo pół Bieszczad. Pewnie, ale trzeba mieć na to odpowiedni nastrój oraz siłę. Dla mnie to rozrywka zdecydowanie na dalszą część wakacji, już po załadowaniu akumulatorów słońcem. A jeśli człowiek najpierw chce … no może nie odpocząć, ale zmienić klimat, nie za wiele myśleć, w ciepłej wodzie czujnie niczym ważka postać, a do tego zobaczyć jak fantastycznie dogadują się różnojęzyczne dzieci w sobie tylko znanym języku, to Bułgaria jest na to bardzo dobrym miejscem. No i głęboki smutek Testerów, kiedy zrozumieli, że nie będziemy tam jednak na stałe mieszkać, jest również dobrą tych wakacji recenzją.

 

Szkoła pływania „Dzidziuś”. Przełamując fale. Oporu również …

Jeśli ktoś już na wstępie zakłada, że pierwszy kontakt młodego adepta pływania z profesjonalnym kursem będzie pełen entuzjazmu, zaangażowania i podporządkowania regułom, może mieć i rację. Ale nie zakładałabym tego jako pewnik. Lepiej dać się zaskoczyć pozytywnie.

Tester – bo o nim mowa – według aktualnych standardów pływackich rozpoczął edukację w wieku mocno już podeszłym (4,5 roku). Kto wie jak potoczyłyby się jego losy, gdyby szeregi szkoły zasilił niemowlakiem będąc. Może śmigałby krytą żabką albo przynajmniej nie szedł od razu jak kamień pod wodę. Albo chociaż obeszło by się bez wrzasków, histerii i uprzejmej zgody, że owszem, może się uczyć pływać, ale „nie mocząc głowy”. Nie muszę dodawać, że konieczne w tej branży schodzenie pod powierzchnię wody zostało już na wstępie kategorycznie wy-klu-czo-ne ! Ale zacznijmy od początku.

Tester pływacką edukację rozpoczął w lutym tego roku, w ramach kursu dla początkujących dzieci w wieku 3-5 lat prowadzonych przez trójmiejską szkołę pływania „Dzidziuś”. Zajęcia odbywały się w Aquastacji (Gdańsk Al. Grunwaldzka, Alchemia), a prowadził je Pan Mariusz. Jako towarzyszący dziecku opiekun wskazany został na wstępie Tata Testerów, gdyż perspektywa stania w basenie, ubraną w czepek i rozebraną z makijażu jakoś nie wydawała mi się szczególnie kusząca. Liczba dzieci na kursie wynosiła ok. 10.

Początek był burzliwy, a spodziewana poprawa nie nadchodziła, mimo wysiłków zarówno taty, jak i i trenera. Postanowiliśmy dotrwać do końca czyli do lipca, a potem ze względu na podeszły wiek oraz postawę Testera rozważyć możliwość przerzucenia go na zajęcia indywidualne. Było trudno, opornie i głośno, bo młody głównie wrzeszczał oraz stawiał opór czynny i bierny.

Przełom nastąpił zupełnie niespodziewanie, chyba w kwietniu, kiedy to Tata z racji służbowego wyjazdu nie mógł pójść z Testerem na zajęcia i atrakcja ta przypadła w udziale mamie czyli mi. Na pierwszych zajęciach Tester przestał ryczeć. Tak zupełnie znienacka. Nadal nie wykonywał części ćwiczeń i kategorycznie odmówił wrzucania go do wody w takt piosenki „baloniku nasz malutki”, ale dało się zauważyć delikatny postęp. Na kolejnych zajęciach uprzejmie zgodził się zamoczyć głowę, zaś na następnych już zbierał zabawki z dna basenu. I tym też sposobem, granatowy czepek i Tester stali się moimi stałymi towarzyszami środowych wieczorów.  A Tester zrównał się z grupą, nie ryczy i nawet puszcza bańki nosem pod wodą. Nadal zdarza mu się pójść na dno, ale przynajmniej czyni to ze spokojem i godnością. I najważniejsza informacja – sam poprosił, żeby zapisać go na kontynuacje kursu, więc z czepkiem chyba się na dłużej zaprzyjaźnię.

Poza tym Tester odnalazł swojego pierwszego dziecięcego idola w osobie Pana Trenera. W geście sympatii zażądał zakupienia mu takiej samej pianki do pływania, a zajęcia chce odrabiać tylko ze swoim trenerem, a nie „jakimś tam obcym”.  W ustach dziecka znaczy to bardzo wiele.

IMG_20160629_184327.jpg

Foto: Tester – kosmita, a w tle jego Idol.

Z informacji ważnych dla ewentualnych chętnych – zajęcia trwają 40 minut i odbywają się raz w tygodniu. Na teren basenu z dzieckiem wchodzi 1 osoba dorosła, za wyjątkiem zajęć otwartych, na których można zabrać kogoś do towarzystwa i pstrykania zdjęć. Koszt kursu to ok. 700 zł, a zakres wiekowy od niemowlaka do 8-10 latków, albo nawet i starszych. Szczegółowe informacje znajdują się na stronie internetowej szkoły. To co wyróżnia szkołę i skłania do jej reklamowania, to fakt, że zajęcia to faktycznie lekcje pływania. Prowadzone przyjaźnie, na wesoło, w przyjemnym i komfortowym basenie, ale jednak lekcje. Bardziej edukacja niż taplanie się w wodzie, a jak już się w tym czepku tam stoi, to jednak o coś chodzić powinno 😉 Poza tym bardzo fajne podejście do dzieci i zauważalne u dzieci postępy w pływaniu.

Nauczeni doświadczeniem późnej edukacji Testera postanowiliśmy nie popełnić tego samego błędu z Testerką. Przygodę rozpoczynamy już w sierpniu, intensywnym 2-tygodniowym kursem pływania dla początkujących dzieci 3-5 lat (zajęcia 3 razy w tygodniu, koszt 200 zł), a jak potoczą się dalsze jej pływackie losy i kto z nas będzie jej od września towarzyszył, jeszcze nie zdecydowaliśmy.