O kłamaniu. Ale w słusznej sprawie.

Święta oraz okres je poprzedzający to czas wzmożonej aktywności towarzyskiej i rodzinnej, a liczne spotkania, te przypadkowe i te zaplanowane, stają się okazją do wielu intrygujących rozmów. Jedna z nich miała miejsce wczoraj, a tematyka jej oraz swoisty element zaskoczenia sprawiły, że w jej trakcie chyba … nie powiedziałam prawdy. Ale działałam w słusznym celu oraz zgodnie z dobrym obyczajem, że kobiety ciężarnej nie należy denerwować czy też niepotrzebnie martwić. Jako że kłamanie wśród moich dzieci z uporem staram się tępić, jakoś tak poczułam się niezręcznie w kontekście tej sytuacji i postanowiłam do niej tutaj właśnie powrócić. Tym bardziej, że zagadnienie jest z tematyką bloga zgodne – macierzyństwo. A zwłaszcza to podwójne. Oparte na faktach i bez lukru.

20130404_175634.jpg

Spotkana przez mnie zupełnie niespodziewanie koleżanka z rocznym synkiem u boku oraz miną wielce tajemniczą z uśmiechem rozsunęła przede mną bezszelestnie poły płaszcza, z których wyskoczył … brzuszek. Ciążowy brzuszek. Jakiś 5-6 miesiąc na moje oko. Pogratulowałam oczywiście, ucałowałam siarczyście, o płeć spytałam oraz samopoczucie. Najgorsze było jednak to, co powiedziała rzeczona koleżanka zaraz po tym standardowym przekazie informacji – „Wiesz, wahaliśmy się długo, bo Maciek taki jeszcze mały, ale ostatecznie … spojrzeliśmy na was, na to jak wam dobrze wszystko to poszło, taka mała różnica wieku, praca, dzieci, jak sobie z tym fajnie radzicie i … poszło. Tylko imienia jeszcze nie mamy … ” W tym momencie przestałam słuchać, bo doszła do mnie myśl, że może za bardzo polukrowałam ten macierzyński przekaz i wiedziona przekonaniem, że kto chciałby słuchać o porażkach i trudach, skoro można się na dobrych chwilach skupić, trochę się swoim świadectwem z prawdą rozminęłam ? Czy to, że nie mówiłam o pewnych rzeczach, można było tak opacznie odczytać ? Ale najgorsze miało dopiero nadejść. Pytanie – „No ale jak to jest tak naprawdę ? Można to jakoś ogarnąć ? Da się ?”. – No … da się. I tu już popłynęłam. Bo co niby miałam na tym etapie zaawansowanie powiedzieć ?

A zatem trochę po czasie, ale lepiej tak niż wcale chciałabym oświadczyć, że owszem, da się, ale momentami tyle to kosztuje, że można się spłakać. Albo nabawić depresji. I że jeszcze teraz, kiedy teoretycznie przynajmniej wszystko najgorsze już za nami, to zdarzają się takie momenty, że jedynie myśl, że było jeszcze gorzej, pozwala nam iść do przodu.

DSC_0804.JPG

Mam takie dwa obrazki, do których w trudnych chwilach wracam. Pierwszy – jakiś tam dzień w środku grudnia 2012 roku, z wielkim brzuchem (prawie 9 miesiąc) oraz młodym w spacerówce, której z całego serca nienawidził, w deszczu i wodzie po kolana idę do galerii handlowej po mleko i pieluchy. Kurtka, kombinezon, parasol, siata i nieporęczne pieluchy. Młody włazi na samochód z Myszką Miki na monety i przez pół godziny nie jestem w stanie go zdjąć. Prośby nie skutkują, argumenty nie trafiają do małej rocznej głowy. W 40 minucie decyduję się na wariant siłowy. Wkładam wierzgające ciało w mokry kombinezon, dalej proszę, tłumaczę, wsadzam dziada do wózka, ale wrzeszcząc … wychodzi dołem i to kilka razy, wszyscy się na nas gapią. Nie wiem już czy rodzę czy zaraz z tego świata zejdę. Koszmar.  Obrazek drugi – jestem w domu z Testerem i Testerką – noworodkiem. Niania Ania wyszła szybciej, ale myślę pozytywnie – dwie godziny do powrotu Taty z pracy, damy radę. W 20 minucie noszę Testerkę na ramieniu, która z racji refluksu puszcza na mnie białe pawie, a dookoła nas biega wściekły, ryczący Tester, który podskakując próbuje dosięgnąć siostry i to wcale nie w przyjaznych zamiarach, bo właśnie wtedy doszło do niego to, że nie jest już jedyny. Koszmar.

DSC_1064.JPG

I teraz, kiedy czasem dzieci kłócą się, krzyczą, nie słuchają poleceń to właśnie wspomnienie pozwala mi wyluzować, hiszpański poćwiczyć do 10-ciu licząc i bardzo ale to bardzo głęboko pooddychać, bo wiem, że … było gorzej, a teraz – nieważne jakby to wyglądało z boku – to jest już lepiej 🙂 I wszystko, co się dzieje w naszym rodzinnym życiu właśnie przez pryzmat tego progresu widzę i zamiast spinać się nad tym, że dzieci nie chcą już siedzieć przy stole po wielkanocnym śniadaniu, patrzymy na siebie z ich Tatą i mówimy – „A pamiętasz jak było w zeszłym roku? W ogóle nie chciały siedzieć.” I takie właśnie pozytywne myślenie wszystkim, którzy przeżywają trudne chwile polecam.

DSC_0487.JPG

Jak teraz to przeczytałam, to myślę sobie, że mimo wszystko zrobiłam dobrze. I że może i trochę faktów zataiłam, ale było to małe kłamstwo w wielkiej i słusznej sprawie.

Pozdrawiam wszystkie mamy, a najbardziej te podwójne, potrójne itp. Jesteśmy nie do zdarcia. Nic tylko założyć partię i po władzę ruszyć 😉 A Ciebie Anetko pozdrawiam szczególnie mocno. Odpoczywaj, bo zmęczona to Ty dopiero będziesz. Całusy!

Reklamy

Zdrowych i wesołych Świąt

I jeszcze spokojnych oraz grzecznych koniecznie. A jak jeszcze dodam, żeby pogoda dopisała, słońce przygrzało oraz wiatr ustał, to już chyba przesada będzie, ale cóż … zaryzykuję. Wszak święta to czas magiczny, więc może i takie marzenia się spełnią. Poza zdrowiem i radością wszystkim czytelnikom cierpliwości życzę, bo sama doskonale wiem jak pożądana jest to cnota w odniesieniu do rodziców oraz ile życiowych problemów generują jej przejściowe braki. Do życzeń dołączają się oczywiście Testerzy oraz ich Tata.

IMG_20160326_144054.jpg

A jak Wielkanoc, to również tradycyjnie warsztaty tworzenia palm z przemiłymi paniami z kwiaciarni „Projekt kwiaty”. Oczywiście nie mogło nas tam zabraknąć. Czas – 19.03, sobota, miejsce – Galeria Bałtycka, poziom 1. Dla tych co przegapili, polecam zaznaczyć w kalendarzu na grudzień i zrobić z nami adwentowe wianki.

IMG_20160319_111019.jpg

IMG_20160319_112543.jpg

A oto nasze dzieła !

IMG_20160319_115523.jpg

Półwysep po sezonie. I to z dziećmi.

Czyli nasz subiektywny przewodnik o tym, jak spędzić weekend z dziećmi, nie oszaleć i jeszcze trochę odpocząć. Niemożliwe ? To się okaże. Wykonania zadania podjęła się ekipa Testerów w pełnym składzie. Cel – Jastarnia. Długość pobytu – 3 dni.

IMG_20160321_113129.jpg

Grunt to organizacja. W pracy, szkole, życiu, wszędzie, a przy planowaniu wyjazdów z dziećmi, to już w ogóle organizacja musi być wyjątkowo dobra. Warto zawczasu podjąć ważne decyzje, czyli: gdzie śpimy, co jemy, kiedy wyjeżdżamy, kiedy wracamy, na jaki fundusz wycieczkowy jesteśmy w stanie sobie pozwolić oraz jaki cel osiągnąć. Chcemy godzinami spacerować po lesie, zobaczyć fortyfikacje, odwiedzić Muzeum motyli albo helską latarnię, przejść plażą z Władysławowa do Helu, czy po prostu czas spędzić przyjemnie i miło, a rozrywki, cele i ewentualne zadania planować na gorąco oraz w zależności od pogody ? Tej ducha uczestników eskapady oraz tej drugiej – za oknem. My wybraliśmy opcję drugą czyli precyzyjna organizacja plus spora doza swobody w zakresie wolnego czasu oraz animacji. Zwolennikom opcji numer jeden zalecam dobre przygotowanie, gdyż w w/w wymienionych atrakcji poza sezonem dostępne są jedynie plaże, lasy i fortyfikacje. Latarnia i motyle zapraszają dopiero od maja 😉

IMG_20160321_112341.jpg

W zakresie bazy noclegowej – o ile decydujemy się na hotel, warto wcześniej poświęcić trochę czasu na odwiedzenie stron internetowych wybranych hoteli, bo tam zwłaszcza poza sezonem, w tzw. okresie martwym czają się oferty pobytowe z gatunku tych wyjątkowo interesujących. W tym roku nasz wybór padł na Jastarnię oraz przepiękny Dom Zdrojowy.

 

IMG_20160321_161046.jpg

 

IMG_20160321_165134.jpg

IMG_20160321_165656.jpg

IMG_20160321_173719.jpg

Hotel jest fantastyczny, pięknie położony, urządzony ze smakiem, do morza jest naprawdę 3 minuty piechotą i to nawet z dziećmi, zaś pokoje family size są rzeczywiście dostosowane do pobytów rodzinnych. Jest ładny basen ze sporym brodzikiem oraz wielki pokój zabaw, w którym można zarówno poczytać jak i samochodzikiem pojeździć. Na śniadania warto z góry przeznaczyć minimum godzinę, bo szeroki wachlarz produktów kulinarnych nawet Testerów oszołomił. Zainteresowanych odsyłam na hotelową stronę, a znudzonych zapraszam do dalszej części lektury – czyli restauracje jako baza obiadowa. Hotel posiada oczywiście restauracje (na IV piętrze, z widokiem na morze), a w sezonie również możliwość wykupienia obiadokolacji dla gości, jednak my postawiliśmy na zwiedzanie półwyspu pod kątem również kulinarnym.

I tu mimo naszej niemal doskonałej organizacji pojawił się zgrzyt, gdyż z trzech polecanych nam wcześniej przez znajomych restauracji, tylko jedna okazała się być czynna w poniedziałek w marcu. Plus – spacer był dłuższy niż planowany kwadrans, a apetyt dzieci większy niż nasze o nim pojęcie. W tym miejscu serdecznie pozdrawiamy panie kelnerki z restauracji „Łóżko” w Jastarni. Poleżeć tam wbrew pozorom nie można, ale za to porcje ogromne, a jedzenie bardzo smaczne.

Atrakcje – tu pojawia się miejsce na własną inwencję, gdyż jedni kochają plaże, poszukiwania bursztynu oraz muszli, inni zabawę w „chowanego” w lesie, a jeszcze inni wiedzą, że jak półwysep helski, to wycieczka na karmienie fok być musi. I to obowiązkowo ! Dla niewtajemniczonych – jadąc do fok na Helu warto wcześniej sprawdzić godziny karmienia. My niezmiennie obstawiamy godzinę 11:00.  I lepiej się nie spóźnić, bo całość nie trwa dłużej niż 10 minut.

IMG_20160321_110918.jpg

Czym się na pewno przejmować nie warto ? Prognozą pogody, bo w czasie zapowiadanego deszczu, chmur i powrotu zimy, powitało nas na Helu przepiękne słońce i temperatura 13 stopni. Na plusie oczywiście. Nie warto się również przejmować pakowaniem rzeczy przez dzieci. Nasza sprawdzona opcja – dać im małe walizki i niech biorą co chcą, zaś rzeczy naprawdę potrzebne uwzględnić w pakowaniu naszym. Dzięki temu kiedy to wieczorem okazało się, że za bardzo nie mamy co dzieciom czytać, Testerka cała dumna i zadowolona wypakowała z różowej podróżnej walizki ze świnką Peppą trzy książki i dwie gazety. Miała tam również garnek, nożyczki, trzy połamane kredki oraz wiertło do zębów z zestawu ciastoliny, ale to już zupełnie inna historia.

Półwysep helski poza sezonem jest jeszcze z jednego powodu odwiedzenia warty. Nie ma tam tłumów, budek z lodami, cukrowej waty, pluszaków itp. Hotelowe baseny są prawie puste, plaże tylko dla nas, a precyzyjnie opracowany i wykonany plan wieczornych rytuałów z dziećmi pozwala nawet na delektowanie się świętym spokojem w jacuzzi, niespieszne wygrzanie kości w saunie oraz zebranie sił na czekający nas powrót do codzienności. I te opary jodu helskie …

IMG_20160320_161722.jpg

Hej ho hej ho, do szkoły by się szło …

I to z jakim entuzjazmem ! Ciekawa jestem, do jakiego wieku się taka euforia utrzymuje.

Na razie tylko próbnie i w ramach bardzo wcześnie rozpoczętych i szeroko zakrojonych poszukiwań przyszłej podstawówki, do której uczęszczać będą nasi Testerzy, wybraliśmy się w miniony weekend do trzech szkół na tzw. „dni otwarte”. A że blog ten nie ma charakteru ani reklamowego ani propagandowego również, to pozwolę sobie poczynione przeze mnie spostrzeżenia dotyczące edukacji umieścić w kilku treściowych mam nadzieję punktach, nie operując przy tym numerami szkół. Mimo, że my swojego faworyta już mamy.

IMG_20160311_164240.jpg

Stare przysłowie mówi, że „od przybytku głowa nie boli”, a to niestety nieprawda. Mieszkanie w centrum sporego miasta generuje kilka problemów, a jednym z nich jest nadmiar szkół podstawowych, do których potencjalnie przynajmniej można byłoby wysłać dziecko. Bez głębszej znajomości tematu i z tzw. „partyzanta” od razu naliczyłam pięć, z których po wstępnej selekcji wytypowałam dwie warte odwiedzenia oraz jedną położoną kompletnie nam nie po drodze, ale również zainteresowania wartą. Dwie pierwsze to szkoły publiczne, trzecia jest szkoła prywatną. Badania gruntu edukacyjnego wykonywane były przez nas w godzinach porannych w „dniach otwartych” z udziałem potencjalnych przyszłych klientów czyli Testerów. Na podstawie dokonanych obserwacji wyciągnęłam wnioski w zakresie argumentów, jakie dobrze jest brać pod uwagę w ewentualnym procesie decyzyjnym.

  1. Lokalizacja – sprawa niezwykle ważna. Najlepiej po drodze do pracy osoby, która będzie wykonywała usługi transportowe oraz z miejscami, w których możliwe będzie zaparkowanie zarówno w godzinach porannych jak i popołudniowych. Szczyt marzeń – bez konieczności szukania drobnych monet na opłatę parkingową. Jeśli przewidujemy odbierających niezmotoryzowanych w postaci babci, cioci czy dziadka, to świetnie jeśli szkoła jest blisko autobusu, tramwaju, kolejki albo opcja idealna – bardzo blisko domu.
  2. Kadra pedagogiczna. Przyjazna, zainteresowana dzieckiem, lubiąca swoją pracę, zaangażowana. Niestety, tego punktu w ramach „dni otwartych” ocenić się nie da. Wskazana praca własna czyli rozmowy z rodzicami uczniów, aktualne opinie, wyniki nauczania itp.
  3. Budynek. Nie musi być nowy, ale powinien być zadbany, czysty, przyjazny dzieciom, z dobrze wyposażonymi salami, do których chce się przychodzić. Czy duży czy mały – kwestia gustu. Ja wolałabym jakiś mniejszy, ale w tej akurat sprawie nie zawsze jest możliwość wyboru.Ważne, aby cześć dla dzieci młodszych (klasy 0-3) znajdowała się na osobnym piętrze lub w innej części budynku niż część dla dzieci starszych.
  4. Boisko, plac zabaw itp. Sprawa niezwykle istotna, przede wszystkim pod kątem wiosny, lata, ciepłej jesieni …
  5. Sala gimnastyczna. Świetnie jeśli jest. O ile rozwiązania zastępcze czyli wyjazd na basen, wyjście do wynajmowanych obiektów przy starszych uczniach da się wprowadzić, o tyle przy maluszkach to niezbyt dobra opcja.
  6. Kuchnia. Najlepiej własna, w drodze wyjątku catering, ale osobiście jestem zwolenniczką opcji pierwszej. Stołówka przyjazna dzieciom, z niskimi stołami, krzesełkami oraz dostępem do toalety, a pora wydawania obiadów dla maluszków powinna być inna niż dla dzieci starszych.
  7. Świetlica. Konieczna osobna dla dzieci starszych i dla maluchów. Im większa, ciekawiej urządzona – z miejscami zarówno na zabawę jak i na odrabianie lekcji, tym lepsza.
  8. Zajęcia dodatkowe jako alternatywa dla czasu spędzanego w świetlicy. Im więcej, ciekawiej i z pasją, tym lepiej.

Przechodząc do naszych jurorów czyli Testerów – im podobało się bardzo. I to wszystko. Duże tablice, na których można pisać kredą, gąbka do zmazywania, pani z świetlicy, sale gimnastyczna, materace, ścianka wspinaczkowa, zajęcia z komputerem, interaktywne tablice, gra na pianinie, budowanie robotów itp. itd.

IMG_20160312_111504.jpg

IMG_20160312_110544.jpg

IMG_20160313_105545.jpg

IMG_20160313_105020.jpg

Właściwie mogliby stamtąd nie wychodzić i tylko podstęp w postaci perspektywy zabawy na placu zabaw pozwolił nam na ich wydobycie ze szkolnych ławek. Co do liczebności klas, pomysłów na nauczanie i liczby  kółek zainteresowań, to odwiedzone przez nas szkoły publiczne o dziwo nie ustępowały w niczym tej prywatnej. Docenionym przez Testerów plusem tej ostatniej była obecność na terenie szkoły … dwóch koni, na których maluszki jeżdżą raz w tygodniu w ramach zajęć. I w ten oto sposób Tester zapalił się do pomysłu jazdy konnej, który na razie z racji młodego wieku zainteresowanego postanowiliśmy jeszcze odłożyć, ale gorąco popieramy.

IMG_20160313_112800.jpg

Reasumując ten wywód długi – wybór szkoły to poważna sprawa i decyzja trudna, bo podejmując ją, nie chcemy nawet myśleć o konieczności ewentualnego przenoszenia dziecka, ponownej aklimatyzacji i wszystkim, co z tym związane. Dlatego my naszą rodzinną przygodę ze szkolnictwem zaczęliśmy bardzo szybko, gdyż obecność Testera w szkolnej (lub „zerówkowej”) ławie zakładamy dopiero we wrześniu … 2017 roku. Ale co tam. Zbadać wcześniej teren nie zaszkodzi 😉

A na weekend polecam …

Na przykład wizytę w szkole w ramach „Dni otwartych” w gdańskich podstawówkach. My na razie na luzie, czysto towarzysko i bez napięcia, ponieważ decyzja o pozostawieniu Testera w przedszkolnej „zerówce” została już podjęta. Nic nie zaszkodzi jednak wpaść z wizytą do wytypowanych przez nas szkół, którym za rok będziemy się pewnie jeszcze uważniej przyglądać. A że jesteśmy nastawieni na chłonięcie wiedzy i poważne o edukacji rozmowy, to zabieramy Testerów. Niech na własne oczy zobaczą co oznacza mityczna „szkoła” i może kilka swoich uwag podrzucą.

Jak już się uporamy z tematyką szkolną, to w ramach odreagowania planujemy rodzinną wycieczkę do Gdyni. Nie ma to jak niedziela na „starych śmieciach”, no i przy okazji możliwość, aby ciocię Agnieszkę odwiedzić.

A kto nie ma żadnej cioci do odwiedzenia w Gdyni lub okolicach, to może zainteresuje go „Miasteczko zmysłów”, które na ten weekend zagości w Muzeum Miasta Gdyni. W planach interaktywna wystawa, warsztaty dla rodziców oraz kącik zabaw dla najmłodszych zwiedzających (12-13.03, godz. 10-17, wstęp wolny).

X.jpg

A jak już w Gdyni będziecie, to w niedzielę o godz. 12 w CH Riviera Teatr Lalki „Tęcza” ze Słupska zaprasza dzieci na zabawę wielkanocną pt. „Tęczowy zajączek”. To propozycja awaryjna w razie deszczowej pogody, a także możliwość połączenia przyjemnego z pożytecznym. Czyli zakupy.

Poza tym multum teatrzyków, spotkanie z prawdziwym strażakiem w Ciuciu Babka Cafe w Gdyni (sobota 12.03, godz. 11) oraz konsekwentne poszukiwanie wiosny czyli spacery, spacery, spacery … Oby tylko pogoda nam planów nie pokrzyżowała.

Top 10 – aktywności na czas chorowania

Czas chorowania nie jest dobrym czasem dla testowania. No chyba że Kidofenu i Nurofenu Forte, z wyraźną przewagą tego drugiego. Ale że jesteśmy już na ostatniej prostej do ozdrowienia (tfu, tfu odpukać), to pozwolę sobie na pewne podsumowanie. Podsumowanie aktywności, które Testerzy uprawiali w tym jakże trudnym trudnym okresie, wraz ze wskazaniem stopnia ich podekscytowania. Czyli poziomu satysfakcji klienta jak mawia mój kolega manager. Obszar badania – klient wymagający. I to bardzo.

Aby ten wpis się powyżej 10 metrów nie rozwinął, pozwolę sobie na skorzystanie z metody, do której się tylko z rzadka uciekam czyli skrótowe ujęcie tematu. Taki … ranking.

  1. pucholina
  2. kulkolina
  3. utrwalanie rzeczywistości za pomocą aparatu oraz kamery ukrytych w starym komórkowym telefonie
  4. zabawy taneczne z użyciem radioodbiornika własnego
  5. pakowanie plecaków „na wakacje”
  6. porządki w zabawkach czyli „to już dla dzidziusia jakiegoś”
  7. asystowanie w pracach domowych czyli znacznie wolniejsza odmiana sprzątania i gotowania
  8. książeczki do kolorowania wodą
  9. czytanie wszelkiej maści napisów czyli „mamo, co tu jest napisane?”
  10. przytulanie się na kanapie i poważne o życiu rozmowy

O ile punkty 3-10 nie wymagają specjalnego wyjaśniania, o tyle punkty 1 i 2 brzmią dziwnie i kilku słów podpowiedzi wymagają. Naszym wielkim pomocnikiem na czas chorowania dzieci okazało się całkiem niepozornie wyglądające stoisko handlowe umiejscowione na I piętrze galerii handlowej Manhattan we Wrzeszczu. Na malutkiej przestrzeni zatrzęsienie rzeczy, do których aż się małe rączki trzęsą. Oprócz piasku kinetycznego oraz wspomnianych w punktach 1 i 2 rankingu wynalazków, są klocki, plastelina w formie żelu oraz inne pomoce animacyjno – edukacyjne. Niestety, na sporą część Testerzy są jeszcze trochę za młodzi. No i rzecz najważniejsza – są również specjalne stanowiska, na których można wszystkie te cuda wypróbować.

W temacie „pucholiny” – to taka odmiana ciastoliny, z tą przewaga, że się do ubrań oraz dywanów nie klei, a zrzucona na podłogę niezależnie od podłoża daje się szybko usunąć za pomocą miotły lub odkurzacza (dodatkowa frajda ujęta w pkt 7 rankingu). Można używać foremek i innych urządzeń zwyczajowo używanych do zabaw z ciastoliną. Pucholina jest wielorazowego użytku i jeśli w ogóle wysycha, to znacznie od ciastoliny wolniej.

IMG_20160308_174202

IMG_20160308_174625.jpg

IMG_20160308_174654.jpg

„Kulkolina” – bo ta nazwa najlepiej oddaje ideę tego przedziwnego materiału – klei się, ale nie włazi pod paznokcie oraz nie lepi się do dywanu. Używać można trylion razy i co ważne – ma całkiem atrakcyjną cenę – 29 zł za 7 woreczków. Cena żadna za naprawdę długie godziny zabawy.

IMG_20160308_174108.jpg

IMG_20160308_174129.jpg

IMG_20160308_174914.jpg

Poza rankingiem może i niezasłużenie znalazła się nasza lalka Emilia i aktywności z nią związane, chociaż niezmienne, od ponad miesiąca jest wciąż na topie. Noszona przez Testerów, wożona, przebierana, karmiona i oczywiście gdziekolwiek byśmy się nie wybierali, to i tak z nami jedzie. „Tylko czemu ona nie ma fotelika ?” – zauważyła wczoraj lekko wzburzona Testerka. W sumie racja. Są gdzieś foteliki samochodowe dla lalek ??

W zakresie punktu 10 powiem tylko, że dla rodziców pracujących takie dni, kiedy trzeba zostać z dzieckiem w domu, oprócz skomplikowanej operacji logistycznej do wykonania, są niewątpliwie świetną okazją do zwolnienia życiowego tempa i spędzenia takiego czasu „na 100% z dzieckiem”. A ile się można wtedy dowiedzieć, o ilu poważnych sprawach poplotkować … Bezcenne. No a w okolicach dnia czwartego lub piątego w przerwach podekscytowania pojawia się już „tęsknię za paniami, chcę do Zosi, do Piotra, do Borysiaka” itp. itd. i to jest też dobry znak. Można się podnieść z dywanu, ubrać jakoś normalnie, wyjść rano z domu … Powraca względny spokój i życiowa równowaga 🙂

W służbie Jej Królewskiej Mości …

Czyli o wirusach, niesłabnącym apetycie oraz ogromnym znaczeniu czasu „na wyłączność”.

Przedwiośnie nie sprzyja testowaniu świata, blogowaniu w związku z tym też nie za bardzo. Sprzyja za to chorowaniu, łapaniu wirusów oraz logistycznym operacjom pod hasłem „opieka dla dziecka”. No i dziś padło na mnie obsadzenie miejsca w grafiku opieki nad Testerką. Swoją drogą na przyszłość muszę pamiętać, aby obsadzać pierwsze dni ataku choróbska czyli fazę na „spanie i przytulanie”, bo dziś, kiedy wirus już prawie pokonany, Testerka z premedytacją testuje moją sprawność fizyczną, psychiczną oraz odporność na stres i działania w warunkach trudnych.

„Monia, no chodź !” – słyszę od rana i widzę przekorny uśmieszek. „A prawda, że tata może na Ciebie mówić Monika? To ja też mogę!”. „A poczytamy? Bo potem to kolorujemy i budujemy z klocków … telefon. Albo rower. A gdzie jest mój sok i moja lalka Emilia ? Głodna jestem. Bardzo. Daj mi w końcu jeść. No i gile mam w nosie. Dużo.”

Nie żebym narzekała, bo jest całkiem miło tak się posnuć po domu w dresie i kapciach, nigdzie się nie spieszyć, nie dzwonić, zachcianki co prawda nie własne ale spełniać, jednak faktem jest, że odwykłam od tego etapu w życiu i ciągle się łapię na tym, że czuję wewnętrzny i kompletnie niezrozumiały przymus, aby COŚ robić. Coś niby istotnego. Może pranie, prasowanie, porządkowanie szaf … Jakby to faktycznie było takie ważne, że warto dla tego zrezygnować z szycia spódniczki dla Emilii i karmienia jej kaszą. Obłęd jakiś.

Poza tym czas spędzany w ostatnim okresie z jednym z Testerów „sam na sam” uświadomił mi jak ważne ma on dla nich znaczenie. Że owszem, regułą jest wspólne spędzanie weekendów, testowanie świata, zabawa, ale w takich momentach jak ten, wyraźnie widać, jak dzieci się zmieniają i poważnieją, kiedy nie muszą rywalizować o uwagę. Ile rzeczy można się wtedy dowiedzieć (że chłopaki nie lubią dziewczynów, bo za wolno biegają, że wykąpanie misia w przedszkolnym sedesie było „po prostu wypadkiem”), o ilu porozmawiać (mamo, chciałabym mieć dzidziusia w brzuchu) i ile planów poczynić (chciałbym zostać kierowcą koparki). Bezcenne. Tym bardziej, że dzieci tak szybko rosną … Niby całe szczęście, a czasem jednak odrobinę szkoda.

DSC_0955.JPG