Tester kontra wirusy. Decydujące starcie.

Tester lubi lekarzy. Od zawsze i to nawet bardzo. Uwielbia wizyty u wszelkiej maści specjalistów, osłuchiwanie, zaglądanie do gardła oraz uszu, a nawet badaniom krwi się poddaje bez fizycznej walki. Wystarczy delikatna manipulacja słowna oraz obietnica pozyskania strzykawki. Ewentualnie gazetki z ludzikiem Lego. Zawsze działa.

Jak taki okaz wyhodować ? Powiem szczerze – nie wiem. Utrzymuję, że odezwały się w drugim pokoleniu matczyne geny oraz jej niespełnione marzenia o medycynie. Czego by to wynikiem nie było, jedno jest pewne – jeśli Tester nie zostanie lekarzem, to hipochondrykiem na bank będzie. Skłaniałabym się ku pierwszej wersji, ale ostatecznie przyjmie z godnością wszystko, co los przyniesie.

Tak więc jak już wspomniałam na wstępie Testera do kontaktów ze służbą zdrowia nie trzeba namawiać, bo z przyjemnością wykorzystuje zarówno rodzicielskie składki zasilające NFZ,  jak też zasila prywatny sektor usług medycznych. Ukoronowaniem tej medycznej przygody była ostatnio pierwsza asysta z ortopedii w związku z nastawianiem prawej kończyny górnej młodszej siostry. Ileż on wtedy gadżetów dostał. I z jaką powagą podszedł do zadania.

Szukając tego stanu rzeczy przyczyn, nie można kwestii alergii Testera pominąć, która to od pierwszych tygodni życia atakuje, nadal nie odpuszcza i ogólnie ciężkim jest przeciwnikiem. No i to jej pewnie w znacznej mierze również zawdzięczamy miłość Testera do medycyny. A przynajmniej oswojenie się z nią.

W ostatnią niedzielę, kiedy to w końcu zaatakował Testera jakiś wirus paskudny objawiający się uporczywym kaszlem oraz temperaturą, z racji alergicznej historii oraz podatnych na infekcje testerskich oskrzeli, postanowiliśmy udać się na wizytę do przychodni dyżurnej. Ku uciesze Testera oczywiście. Dowodem na to, że pomysł był dobry, okazał się fakt, że na taki sam wpadło w tej samej godzinie  jakiś 20 innych rodziców, którzy wraz z kichającymi i kaszlącymi dziećmi okupowali poczekalnię. No słabo. Decyzja – wracamy lub za radą pani z rejestracji próbujemy w innej przychodni. No nie bardzo. Stan Testera nie wymagał aż tak pilnej interwencji. Za to Tester niczym ważka czujny od zamyślił się i odparł -„To może na Kilińskiego do przychodni ?”

Ostatecznie testerskie marzenie o kontakcie ze służbą zdrowia spełniło się o godzinie 18:00 we wskazanej przez niego przychodni, gdzie po osobistym przedstawieniu pani doktor swojej urzekającej historii, poddany został szczegółowym oględzinom ciała i otrzymał naklejkę z napisem „dzielny pacjent”. Tylko diagnoza go rozczarowała- wizyta kontrolna niepotrzebna. Jak to ??

I tak oto nasz Tester – hipochondryk spędził dni kilka w domu, z radością kontrolując temperaturę ciała oraz łykając syrop zwany „balonowym” i finalnie uzyskując w szybkim czasie poprawę swego klinicznego stanu. Aktualnie brak kontaktu z kolegami z przedszkola oraz nadwyżka energii skutkują tym, że biega jak szalony po mieszkaniu i mało brakuje, aby zaczął niczym szczeniak saneczkować i kręcić bączki. A nagrodą za tak świadomą postawę pacjenta jest kolejna medyczna asysta. Tym razem z medycyny rodzinnej – bilans 3-latki Testerki. Ależ on będzie szczęśliwy …

IMG_20140615_165058.jpg

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s