Niech żyje bal …

Na przekór brzydkiej, deszczowej pogodzie walentynkową niedzielę postanowiliśmy spędzić z testerami uroczyście. A że nie ma na świecie bardziej uroczystych przedsięwzięć jak bale, to nasz wybór padł na „Bal przebierańców”, który zorganizowały wspólnie Fundacja „Pomorze dzieciom” oraz Przedszkole „Gedania” w Gdańsku.IMG_20160214_171016.jpg

Bal ten odbywa się co roku i jest okazją nie tylko do doskonałej zabawy, ale też do finansowego wsparcia fundacji „Pomorze dzieciom”. Bal jest prawdziwym balem, gdyż obowiązują na nim specjalne, niecodzienne stroje stroje, są tańce przy muzyce na żywo, a całe towarzystwo do zabawy zagrzewa prawdziwy wodzirej w czarnym fraku. Poza tym jadła w bród, a woda mineralna leje się litrami.

IMG_20160214_152703

Wśród gości przeważały księżniczki oraz różnej maści owady, choć i strażacy także stanowili liczną grupę zawodową.

IMG_20160214_150804

IMG_20160214_163754

Testerzy jako nietypowa para (księżniczka + Minionek) stawili się na bal w doskonałych humorach, ani chwili nie siedzieli, no chyba że akurat jedli, ale to głównie na stojąco, aby przypadkiem jakaś zabawa im nie umknęła. Poza tym sami zgłaszali się do konkursów, a jeden, nazwijmy go „taneczny”, nawet wygrali. Było głośno, sympatycznie, smacznie i wesoło, a testerzy już pytają kiedy to jest „za rok” i czy to jeszcze długo.

IMG_20160214_172754.jpg

Bal ten również, a raczej tańce w parze z mamą, zapoczątkowały u Testera nową fazę. Fazę taneczną mianowicie. A powracające ciągle pytanie „mamo, czy to prawda, że ja jestem Twoim partnerem ?” wprawia w osłupienie osoby niewtajemniczone, że to o tańcach mowa 😉

 

 

Był sobie człowiek …

a raczej bryła gipsu w pudełku, z której – na potrzeby startującego jutro w przedszkolu Testerki projektu „Człowiek” – Tata wraz z testerami w piękny, sobotni poranek stworzyli prawdziwy … mini – szkielet. No taki prawie prawdziwy, ale jako fan medycyny sądowej przyznać muszę – robi wrażenie. Mam nadzieję, że nie aż takie, aby przyczynił się do zwiększenia ewentualnej liczby nocnych koszmarów w przedszkolnej grupie, ale cóż … Co to za twórca, co nie ryzykuje 😉

Zabawka jest godna polecenia, bo nie dość że skutecznie zabija czas i skupia uwagę, to jeszcze Testerzy mieli przy tym okazję osobiście doświadczyć procesu tworzenia oraz przekonać się, że skupienie, uwaga oraz precyzyjna praca zgodna z wytycznymi rzeczywiście pozwala na wspólne zrobienie czegoś ciekawego. A jak jeszcze dodam, że Mamie Testerów dał prawie dwie godziny wolnego, to już oczami wyobraźni widzę, te pustoszejące w popłochu sklepowe półki.

IMG_20160220_094913.jpg

IMG_20160220_094942.jpg

Wydłubywanie kości z bryły gipsu było chyba najciekawszym i najbardziej czasochłonnym elementem pracy twórczej.

IMG_20160220_095607.jpg

Mycie wydobytych fragmentów szkieletu było zaś najbrudniejszym i najbardziej mokrym odcinkiem robót. Swoją drogą podobnie było z doprowadzaniem łazienki do porządku 😉

IMG_20160220_100205.jpg

Potem było składanie, a na końcu wiązanie poszczególnych elementów w całość, przy którym najwięcej pracy miał  Tata Testerów. Ja wróciłam akurat w momencie, kiedy trzeba było przeciągnąć sznurek przez czaszkę. Czyli jeszcze za szybko.

IMG_20160220_150204.jpg

I tak oto edukacja spotkała się z rozrywką i powstał nasz mini – człowiek. Wytrzymały oraz ruchomy. Polecam. Do nabycia są jeszcze dinozaury, jeśli ktoś nie lubi ludzi 😉

 

Czy dzieci lubią sushi ? Sobotnia wizyta w „Mito sushi”

Na wszelki wypadek założyliśmy, że nie bardzo, i postanowiliśmy tak nasze sobotnie wyjście zorganizować, aby Testerzy do „Mito sushi” trafili już z pełnymi brzuchami. Trudno było mi bowiem wyobrazić sobie Testerów nad talerzem futomaków, hosomaków czy choćby miską zupy rybnej, a idąc tam o istnieniu hosomaków z … nutellą (menu dla dzieci) nie wiedziałam. Swoją drogą też by mnie jakoś szczególnie nie przekonały.

IMG_20160213_133530.jpg

Przekonała mnie natomiast relacja mamy Marysi (Testerki koleżanki z przedszkola), a zwłaszcza fragment o całkiem sporej sali zabaw, zjeżdżalni, basenie z piłkami itp., a że oboje z tatą Testerów jesteśmy fanami sushi, wizyta w tym miejscu była nieunikniona.

Na pierwszy rzut oka – sali dla dzieci nie ma. Żeby ją zobaczyć, trzeba o niej albo wiedzieć albo wejść w głąb lokalu, gdzie za drzwiami mieści się sala o całkiem sporej powierzchni, wyposażona we wszystkie sprzęty jakie mogą dzieci w przedziale wiekowym 1-10 lat interesować. My wiedzieliśmy i znaleźliśmy.

IMG_20160213_130246.jpg

Sprawa istotna, dla ewentualnych zainteresowanych wizytą – w weekendy zdecydowanie lepiej stolik wcześniej zarezerwować, bo ludzi jest tam wielu. Oprócz wspomnianej sali zabaw przyciąga ich świetna lokalizacja (2 minuty spacerem do Motławy, róg Szerokiej i Tandety) oraz pływające przy barze sushi. Poza tym ładny wystrój, rozbudowane menu oraz przyjazna obsługa.

Nie jest to wprawdzie blog kulinarny, ale nie sposób kwestię samego sushi milczeniem pominąć. W temacie sushi warto wyraźnie od siebie oddzielić dwie sprawy, a mianowicie smak oraz ceny. O ile to pierwsze oceniam na bardzo dobry z plusem nawet, o tyle ceny trudno do średnich zaliczyć. Ale że to sprawa subiektywna raczej, to zainteresowanych do widniejącego na stronie internetowej menu odsyłam. My wybraliśmy jeden z poleconych nam zestawów i z całą pewnością był to jeden z najsmaczniejszych naszych obiadów w tym roku 😉

Sama sala zabaw oprócz szeregu walorów ma niestety jedną, podstawową wadę – jest w niej bardzo ale to bardzo zimno. Pomieszczenie od restauracji oddzielone jest drzwiami, które z racji usytuowania (w ciągu komunikacyjnym prowadzącym do toalet) muszą być cały czas zamknięte, nie jest ogrzewane,zaśa od drugiej strony zamiast normalnej ściany, posiada ono ścianki ze sznurka, za którymi jest hol innego pomieszczenia w tym budynku. Opis jest tak skomplikowany, że zalecam go po prostu pominąć i spojrzeć na zdjęcie 😉

IMG_20160213_130723.jpg

IMG_20160213_130735.jpg

W każdym razie jest tam zimno, więc warto przygotować dziecku ciepłą bluzę albo też wizytę odłożyć na jakiś cieplejszy, wiosenny już dzień. Reasumując – miejsce godne polecenia, zwłaszcza dla osób, które chciałyby w spokoju zjeść sushi, porozmawiać, a muszą zabrać ze sobą dzieci.

Z porad praktycznych – jako zachętę do opuszczenia pokoju zabaw użyć można perspektywę sprawdzenia czy „Sołdek” jeszcze nie odpłynął 😉 Na Testera podziałało.

IMG_20160213_140859.jpg

„Czuprynki” w Garnizonie

Kilka dni temu na terenie naszego osiedla „Garnizon” we Wrzeszczu przy ulicy Słonimskiego 6 miało miejsce otwarcie pewnego salonu. Salonu, do okien którego już od dawna przyciskali swoje mały nosy nasi Testerzy, zaintrygowani ciekawym, kolorowym i niewątpliwie atrakcyjnym z ich punktu widzenia wnętrzem. No i jeszcze te fantastyczne, przedziwne „papierowe” lampy ! „Co tu będzie ?” – dopytywali.

A że w „Garnizonie” niektóre dziecięce marzenia naprawdę się spełniają i nawet obiad można zjeść na huśtawce (w sąsiedniej „Kucharii”), to aż podskakiwali z radości, kiedy w piątkowe popołudnie postanowiliśmy w końcu odwiedzić nowych sąsiadów. Warto było. Miny Testerów na widok foteli fryzjerskich – bezcenne !

IMG_20160214_113120IMG_20160214_115505

„Czuprynki” – bo o nich mowa – to nowy salon fryzjerski dedykowany przede wszystkim małym klientom, choć i mamy oraz tatusiowie też dla siebie coś znaleźć mogą (warte polecenia pakiety „mama i córka”, „tata i syn”,”brat plus siostra” czy też „cała rodzinka”). Do fantastycznych foteli – motocykla oraz samochodu – zmieścić się nie zdołają niestety, ale mogą na przykład … na złotej kanapie posiedzieć.

Uwagę przyciąga ciekawy i nowoczesny „dizajn”, kolorowa podłoga, fantazyjne wieszaczki w kształcie „psich pup” jak to opisała Testerka oraz niewątpliwie serdeczne i przyjazne dzieciom panie fryzjerki. Spotkała nas również miła niespodzianka – Testerka z okazji Walentynek została zaproszona na niedzielne upięcie włosów. A że wybierała się akurat tego dnia na bal przebrana za księżniczkę, prezent był wyjątkowo trafiony.

IMG_20160214_120455

„Czuprynki” we Wrzeszczu to nie jedyne „Czuprynki” w Trójmieście – siostrzany salon mieści się w Gdyni i jak zdołaliśmy się zorientować, część mieszkających w Gdańsku klientów z radością przyjęła pojawienie się tej nowej lokalizacji. Poza tym „Czuprynki” to nie tylko fryzjerstwo, gdyż na otwarcie czeka druga, nieczynna jeszcze część lokalu, w której rodzice będą mogli napić się kawy, zjeść pyszne ciacho, a dzieci pobrykać w przyjaznej im przestrzeni. Przy okazji też można obciąć im grzywkę albo wyczarować warkocze niczym z bajki. No i sama się nie mogę doczekać tej fantastycznej zjeżdżalni, o której opowiadają panie ! Poza tym w planach również organizacja urodzin dla dzieci.

Reasumując – miejsce godne polecenia no i wprost wymarzone dla dzieci, które nigdy jeszcze u fryzjera nie były lub za wizytami takimi nie przepadają. Polubią na pewno.

Paniom z „Czuprynki” życzymy powodzenia i witamy na osiedlu.

Szczegółowe informacje, cennik oraz kontakt na stronie http://www.czuprynki.pl oraz na ich profilu na FB.

 

A na weekend polecam …

… przede wszystkim Emilię, ale o tym za chwilę.

A na razie standardowo w ramach szeroko pojętej rozrywki, rekreacji oraz oddechu od rutyny tygodnia zachęcam do spróbowania rzeczy, które nie zdarzają się co tydzień, a zatem:

  • niedzielnej przejażdżki po Gdańsku zabytkowym tramwajem linii N (w godz. 10-16), tym razem przystrojonym walentynkowo, w którym serduszka, baloniki oraz inne tego typu atrakcje. Czyli kurs w sam raz dla zakochanych oraz … dzieci. Szczegóły i rozkład jazdy na internetowej stronie ZKM Gdańsk
  • niedzielnej wizyty w naszym nowym, osiedlowym salonie fryzjerskim „Czuprynki”, gdzie z okazji Walentynek panie czeszą gratis !
  • udziału w planowanym również na niedzielę „Charytatywnym Balu Przebierańców” w Przedszkolu Gedania przy Al. Hallera 201 w Gdańsku. Cel (kwesta na rzecz Fundacji „Pomorze Dzieciom”) tak szczytny, że nawet w poście potańczyć można 😉
  • niedzielnego porannego seansu (w stylu walentynkowym oczywiście) ze Scooby – Doo w kinie Helios (CH Alfa Centrum), godz. 10:30.

Co do Emilii, to dołączyła do naszej rodziny całkiem niedawno, bo w dniu 3-cich urodzin Testerki w charakterze prezentu i jak na razie (odpukać!) zmieniła nasze życie w sposób na tyle wyraźny, że warto ją zareklamować. I nie o markę tu chodzi, choć Emilia pochodzenia wstydzić się nie musi 😉 ale o ideę przedsięwzięcia, jakim było podarowanie Testerce lalki – bobasa wraz z całym lalczynym oprzyrządowaniem. Czyli smoczkiem, nocnikiem, paczką pampersów, butelką, odzieżą oraz kaszką. Najpierw lalka zyskała imię, a zaraz potem serce, uwagę oraz zaangażowanie nie tylko właścicielki zwanej Mamą, ale również wujka … Testera. I tak oto Emilia jada z testerami, dzieli z nimi wannę w czasie kąpieli, pobiera nauki kolorowania i układania puzzli, tak że nawet kłócić się i szarpać czasu nie mają. Tak że reasumując – Emilia łagodzi obyczaje. Oby jak najdłużej.

IMG_20160203_080525.jpg

Nasz pierwszy raz. Czyli operacja kryptonim „Delegacja”

A tak naprawdę –  nasz pierwszy wspólny z tatą Testerów pobyt poza domem, bez dzieci, za to z imprezą i noclegiem. Pierwszy od prawie 5 lat czyli od pojawienia się na świecie Testera. Jeszcze w to nie wierzę, ale ok – nie o wierze ma być, tylko o logistyce  i takowych przedsięwzięć szeroko pojętym planowaniu.
Pierwszy pojawił się pomysł. Pomysł wspólnego spędzenia choćby jednego popołudnia, nocy oraz poranka bez absorbującego towarzystwa dzieci. Decyzja została podjęta, a my stanęliśmy przed sporym logistycznym wyzwaniem.
Projekt kryptonim „Delegacja rodziców” rozpoczęliśmy od najważniejszej sprawy czyli opieki dla testerów. Miejsce wypoczynku, godzina wyjazdu, cena – wszystko to sprawy drugorzędne. Podstawa to opieka ma się rozumieć. Najlepiej sprawdzona i emocjonalnie związana z testerami czyli Babcia Mitka we własnej osobie oraz jej farby, kredki, plastelina oraz puszczanie łódek w wannie. W komplecie Dziadek Witek czyli bohaterowie naszego przedsięwzięcia. Chwała im za to.
Sprawa druga to odpowiednie wczesne uprzedzenie testerów o zbliżającej się rodzicielskiej podróży, systematyczne o niej przypominanie oraz negocjacje dotyczące prezentów, jakie można będzie im z tej „delegacji” przywieźć. Nie chodzi o coś wielkiego czy cennego. Bardziej o konkretne zamówienie (tester – gazetka z Lego, testerka – nosidełko dla lalki) i pełne napięcia oczekiwanie na dostawę. Nie ukrywam, że ten punkt jest dość istotny w tej kategorii wiekowej, a tłumaczenia na temat potrzeby wypoczynku bez nich etc. raczej w grę nie wchodzą.
Kolejna sprawa to rezerwacja, koniecznie z wcześniejszą wpłatą. Niezbędna, aby się jednak nie wycofać pod naporem ewentualnych testerskich próśb i nalegań.
Sprawa następna to precyzyjny plan działania czyli pisemne wskazówki dla opiekunów, które oprócz spraw tak oczywistych jak godziny serwowania posiłków, snu oraz wykaz ewentualnie przyjmowanych leków, winny zawierać również podpowiedzi w zakresie ulubionych dań, preferowanych form rozrywki, a także nawyków dotyczących kąpieli oraz zasypiania. Warto też plan taki z „naszego” na język polski przełożyć, bo hasło „Testerka zasypia z Emilią” a „Tester kąpie się z gaśnicą” mogą nawet ukochanych dziadków w popłoch wprowadzić i utrudnić sprawne funkcjonowanie.
Warto również przygotować „Plan B” na wypadek nieprzewidzianych nagłych zdarzeń takich jak choćby choroba testerów (wskazanie miejsca przechowywania leków, kontaktu do lekarza) oraz (to gorsze) – na wypadek choroby opiekunów. Jeśli opiekun rezerwowy w grę nie wchodzi, to warto mimo wszystko w pogotowiu mieć parę przyjaciół, którzy w naszym zastępstwie pojadą, na balu zatańczą i nasze zdrowie wypiją. Nasz wyjazd szczęśliwie do skutku doszedł, więc sobie nie potańczyli.

Reasumując – Testerzy przeżyli, babcia też do pełni sił powraca, prezenty „z delegacji” spełniły oczekiwania, a my – podekscytowani powodzeniem projektu kryptonim „Delegacja” – już planujemy kolejną krótką przerwę od rodzinnego życia. A co najważniejsze – mamy na to zgodę głównych zainteresowanych czyli Babci Mitki oraz jej wnuków. Przyznam również, że wykazują wobec siebie głęboką lojalność i szczegółowego przebiegu wydarzeń nie zdradzają. Jedno, co się babci wyrwało, to że cytując „z zasypianiem było trochę słabo”, co potwierdza zresztą niniejsze zdjęcie.

20160206_192732.jpeg

Tester kontra wirusy. Decydujące starcie.

Tester lubi lekarzy. Od zawsze i to nawet bardzo. Uwielbia wizyty u wszelkiej maści specjalistów, osłuchiwanie, zaglądanie do gardła oraz uszu, a nawet badaniom krwi się poddaje bez fizycznej walki. Wystarczy delikatna manipulacja słowna oraz obietnica pozyskania strzykawki. Ewentualnie gazetki z ludzikiem Lego. Zawsze działa.

Jak taki okaz wyhodować ? Powiem szczerze – nie wiem. Utrzymuję, że odezwały się w drugim pokoleniu matczyne geny oraz jej niespełnione marzenia o medycynie. Czego by to wynikiem nie było, jedno jest pewne – jeśli Tester nie zostanie lekarzem, to hipochondrykiem na bank będzie. Skłaniałabym się ku pierwszej wersji, ale ostatecznie przyjmie z godnością wszystko, co los przyniesie.

Tak więc jak już wspomniałam na wstępie Testera do kontaktów ze służbą zdrowia nie trzeba namawiać, bo z przyjemnością wykorzystuje zarówno rodzicielskie składki zasilające NFZ,  jak też zasila prywatny sektor usług medycznych. Ukoronowaniem tej medycznej przygody była ostatnio pierwsza asysta z ortopedii w związku z nastawianiem prawej kończyny górnej młodszej siostry. Ileż on wtedy gadżetów dostał. I z jaką powagą podszedł do zadania.

Szukając tego stanu rzeczy przyczyn, nie można kwestii alergii Testera pominąć, która to od pierwszych tygodni życia atakuje, nadal nie odpuszcza i ogólnie ciężkim jest przeciwnikiem. No i to jej pewnie w znacznej mierze również zawdzięczamy miłość Testera do medycyny. A przynajmniej oswojenie się z nią.

W ostatnią niedzielę, kiedy to w końcu zaatakował Testera jakiś wirus paskudny objawiający się uporczywym kaszlem oraz temperaturą, z racji alergicznej historii oraz podatnych na infekcje testerskich oskrzeli, postanowiliśmy udać się na wizytę do przychodni dyżurnej. Ku uciesze Testera oczywiście. Dowodem na to, że pomysł był dobry, okazał się fakt, że na taki sam wpadło w tej samej godzinie  jakiś 20 innych rodziców, którzy wraz z kichającymi i kaszlącymi dziećmi okupowali poczekalnię. No słabo. Decyzja – wracamy lub za radą pani z rejestracji próbujemy w innej przychodni. No nie bardzo. Stan Testera nie wymagał aż tak pilnej interwencji. Za to Tester niczym ważka czujny od zamyślił się i odparł -„To może na Kilińskiego do przychodni ?”

Ostatecznie testerskie marzenie o kontakcie ze służbą zdrowia spełniło się o godzinie 18:00 we wskazanej przez niego przychodni, gdzie po osobistym przedstawieniu pani doktor swojej urzekającej historii, poddany został szczegółowym oględzinom ciała i otrzymał naklejkę z napisem „dzielny pacjent”. Tylko diagnoza go rozczarowała- wizyta kontrolna niepotrzebna. Jak to ??

I tak oto nasz Tester – hipochondryk spędził dni kilka w domu, z radością kontrolując temperaturę ciała oraz łykając syrop zwany „balonowym” i finalnie uzyskując w szybkim czasie poprawę swego klinicznego stanu. Aktualnie brak kontaktu z kolegami z przedszkola oraz nadwyżka energii skutkują tym, że biega jak szalony po mieszkaniu i mało brakuje, aby zaczął niczym szczeniak saneczkować i kręcić bączki. A nagrodą za tak świadomą postawę pacjenta jest kolejna medyczna asysta. Tym razem z medycyny rodzinnej – bilans 3-latki Testerki. Ależ on będzie szczęśliwy …

IMG_20140615_165058.jpg

3 lata, 3 imprezy – czyli o urodzinach słów parę

Tak, wiem, trochę dałam ciała z zastojem w pisaniu, ale – tytułem wytłumaczenia – to właśnie na bujne życie towarzyskie mojej córki testerki zamierzam całą winę zwalić. A działo się w jej życiu, oj działo … I jeśli hasło „3 lata, 3 imprezy” do kanonu naszych zasad rodzinnych ma wejść na stałe, to ja się już 18 – nastych urodzin testerów boję 😉

Co roku zbliżająca się data testerskich urodzin pewnym niepokojem mnie napawała. Bo jak tu pogodzić frajdę typowo dziecięcą z przyjęciem, w którym i dziadkowie i chrzestni mogliby w warunkach w miarę komfortowych uczestniczyć ? Trudne to wyzwanie.

Po serii eksperymentów (urodziny w domu, w restauracji, w Loopy’s World nawet) , z których nie do końca byliśmy usatysfakcjonowani, postanowiliśmy wypróbować nową formułę urodzinową z podziałem na dwa etapy: dla juniorów oraz dla seniorów. Eksperyment dobiegł końca wczoraj i obiektywnie acz nieskromnie rzecz ujmując uznaję go za całkiem udany.

Etap nr 1 (piątek) to party w przedszkolu, gdzie rolę animatorek oraz organizatorek szczęśliwie przejęły ukochane Panie, a dla nas została jedynie niewielka rola donosicieli tortu. Tak to można świętować 😉

DSC_0265.JPG

Etap nr 2 (sobota) to zabawa kryptonim „kulkownia” czyli niezwykle radosne i energetyczne spotkanie jubilatki z kuzynostwem oraz koleżankami, a wszystko to w przyjemnych okolicznościach sali zabaw CH Manhattan. Minus taki, że sala się nie rozciąga i nie nadyma niestety, więc pomieszczenie w niej całej grupy przedszkolnej nie było możliwe, a szkoda. Z porad praktycznych: warto wcześniej z jubilatem / jubilatką porozmawiać na temat gości, których chciałby / chciałaby w tej sytuacji zaprosić, a następnie pozyskane tą drogą informacje zweryfikować „w centrali” czyli u pań z przedszkola, bo testerka niesiona falą entuzjazmu podawała imiona zarówno średnio jej znanych dzieci z „zerówki”, jak i takich, których po dziś dzień nie udało mi się zidentyfikować. Co do przebiegu imprezy – wszystko działo się spontanicznie i na wesoło, w ogarnięciu imprezowiczów pomagała pani animatorka, zaś naszą rolą była tylko dostawa dzieci, tortu oraz praktyki z fotografii (specjalizacja – obiekty w bardzo szybkim ruchu, tryb sportowy).

DSC_0062.JPG

DSC_0065.JPG

DSC_0131.JPG

Dodatkowy bonus to możliwość niczym niezmąconej konwersacji pomiędzy rodzicami, którzy podjęli decyzję o pozostaniu na terenie sali zabaw, zaś minus to niewątpliwie niemożność zaserwowania im kawy (względy bezpieczeństwa), co w tym miejscu tłumaczę.

DSC_0479.JPG

DSC_0345.JPG

Ogólnie – cytując testerkę „super było”, co potwierdzili niektórzy goście, rzewnymi łzami oprotestowując konieczność opuszczenia sali. Z uwag pobocznych – po raz pierwszy na tego typu imprezie testerka absolutnie mnie nie potrzebowała i przez całe dwie godziny zabawiała gości sama i szalała, co jakiś czas tylko sprawdzając, czy oby na pewno nie przyśniły jej wszystkie te prezenty.

DSC_0955 (2).JPG

Etap nr 3 (niedziela) to spokojne, kameralne przyjęcie dla babć, dziadków oraz chrzestnych, które zakończyło ten nasz 3 – dniowy urodzinowy festiwal.

Reasumując – fantastycznie było ! Raz jeszcze dziękujemy wszystkim naszym gościom za ich wkład w szczęście naszej jubilatki. Teraz ogarniamy codzienność i powoli wracamy do naszego normalnego życia. Również tego blogowego mam nadzieję.