Koszałkowo zimową stolicą Trójmiasta

Na wstępie od razu zaznaczę – nienawidzę zimy. Z całego serca i duszy całej, a nasza dzisiejsza wyprawa jest dowodem na to, do jak wielkich poświęceń zdolna jest matka kochająca swoje dzieci. Czyli ja. Tym bardziej, że już sam początek wyprawy nie był dobry – zaspaliśmy.

Nie zasypiamy nigdy, mimo że nie mamy budzików. Takich tradycyjnych, bo nasze osobiste wrzeszczą i tupią każdego ranka punkt 6:00. Dziś – najprawdopodobniej w ramach odsypiania wczorajszej imprezy – odezwały się o 7:30, tak że nasze plany opuszczenia mieszkania przed godziną 8:00 nie wypaliły. No trudno. Skoro już nawet śniegowce kupiłam, to nie mogliśmy się tak łatwo poddać.

W „Koszałkowie” (Wieżyca) stawiliśmy się jakoś przed godziną 10. My, testerzy, dwie siatki zapasowych ubrań, spodnie i buty śniegowe razy dwa, plecak jedzenia, termos z herbatą i kasa. Kasa to podstawa oczywiście, chociaż na szczęście u podnóża stoku niczym grzyb rośnie sobie bankomat. I to sprawny. Parking – bezpłatny.

A za nami z minuty na minutę zapełniały się wszystkie okoliczne parkingi. Wydawało nam się, że jest tłoczno. Nieprawda. Prawdziwe tłumy pojawiły się koło południa.

Rozpoczęliśmy lajtowo czyli karuzela z dętkami – jeden przejazd (ok. 5 minut) to koszt 5 zł od dętki, niezależnie od ilości podróżujących w niej osób. Pierwsza przeszkoda – testerka odmówiła samodzielnej jazdy – pokonana. 10 kółek zaliczyłyśmy razem. W sumie nigdy wcześniej na czymś takim nie jechałam, a było nawet zabawnie.

IMG_20160124_134425.jpg

IMG_20160124_134511.jpg

Level numer dwa to stok do zjazdów na dętkach. Koszt jednego zjazdu na dętce to 3 zł w weekend, 2 zł w dni powszednie. Do nabycia bilet na z góry określoną przez kupującego ilość zjazdów, do wykorzystania przez cały dzień. Z racji młodego wieku testerów w grę wchodziło tylko zjeżdżanie razem, ale byliśmy na to przygotowani. Psychicznie i organizacyjnie (obie ręce wolne, niezbędny ekwipunek w plecaku taty testerów). No i kolejka też była. Taka z ludzi, nie górska. Na szczęście jeszcze krótka, bo było stosunkowo wcześnie. Długa była ta przy drugim podejściu, choć byli tam też i tacy, co w zeszły weekend 2 godziny w niej stali.

IMG_20160124_121743.jpg

Najpierw powolny wjazd na górę w rytm śpiewanej przez testerkę piosenki „Moja babcia i mój dziadek …” a w okolicach miejsca, w którym powinna zacząć się druga zwrotka, zaczyna się prawdziwa frajda czyli zjazd. Obawy o zachowanie testerki i ewentualną odmowę uczestniczenia w zabawie okazały się kompletnie bezpodstawne i młoda – mimo, że była chyba jedną z najmłodszych zawodniczek – aż piszczała z radości, a kiedy po dokładnie 10 zjazdach opuszczaliśmy stok, darła się jak opętana i niczym lwica walczyła o swoją dętkę.

IMG_20160124_123615.jpg

IMG_20160124_123618.jpg

IMG_20160124_123626.jpg

Trasy zjazdowe do dętek są dwie, stopień trudności podobny, tylko jeśli ktoś lubi jazdę powolną, najlepiej przyjechać rano, kiedy śnieg nie jest jeszcze bardzo ubity, bo przy drugim podejściu śmigaliśmy dwa razy szybciej z racji tego, że trasa była już z lodu.

IMG_20160124_124207.jpg

Po dętkach zaliczyliśmy również górkę dla zjazdów na sankach (atrakcja darmowa), ale tam poszło nam trochę gorzej. Podwójne, testerskie sanki nie są przystosowane do obecności osób dorosłych, a nawet nasz 4,5 – letni tester nie odważył się na samotną jazdę. Nasze „jabłuszka” zaś w sposób niekontrolowany wymykały się spod testerskich tyłków, a zjazd „na kombinezonie” chyba jednak nie należał do przyjemności. Myślę, że ta górka, to pomysł dopiero na kolejny rok.

IMG_20160124_104323.jpg

Obiad spożyliśmy tak jak wszyscy czyli w „Białym Misiu” u podnóża stoku. Wystrój delikatnie rzecz ujmując dancingowo-przaśny (hit- dyskotekowa kula pod sufitem), menu też jakoś szczególnie nie porywa, wykonanie potraw również, ale w sumie nikogo to nie interesuje. Ważne jest, żeby wejść, załapać się na stolik, zjeść coś i się ogrzać. Ceny – umiarkowane. Za obiad dla 4 osób zapłaciliśmy ok. 70 zł. I jest to towarzyskie serce stoku. Kogo my tam nie spotkaliśmy …

IMG_20160124_132352.jpg

IMG_20160124_132409.jpg

Z atrakcji dodatkowych dla testerów odpowiednich – na uwagę zasługuje mini plac zabaw z dwoma drewnianymi domkami oraz zjeżdżalnią, gdzie testerzy bawili się całkiem dobrze oraz długo, a także jeszcze przez nas nieprzetestowana szkółka narciarska dla dzieci. Temat raczej na przyszły rok, ale kto wie.

IMG_20160124_102634.jpg

IMG_20160124_135512.jpg

Reasumując – wrócimy na pewno. Na kilka godzin, nie na tydzień czy dwa Boże broń, bo mimo całej mojej do dzieci miłości, stanie w kolejkach w wilgotnej odzieży, ciężkich butach i z soplem lodu pod nosem, nie jest moją ulubioną formą rekreacji, tym bardziej, że od czasów mojej złamanej w wieku lat 8 nogi na nartach, sportom zimowym mówię stanowcze „nie”. No chyba, że zjazdom na dętkach 🙂 Zresztą sanki i łyżwy też mogą być, więc może nie będzie aż tak źle. A narty, to tylko wodne. Na Kanarach najchętniej, w styczniu albo lutym …

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s