Sto lat, sto lat ! Czyli 3-cie urodziny testerki

Najpierw pojawiło się określenie „Dzidzia”.

Mało profesjonalne, irytujące nawet, ale tak najprościej i najkrócej można było wytłumaczyć rocznemu wówczas testerowi, na kogo tak czekamy. Czekamy na Dzidzię.

No i w końcu przyszła Dzidzia. Przed południem, 27 stycznia 2013 roku, w niedzielę. Wypoczęta, zdrowa. Lżejsza od brata o pół kilograma, czarnowłosa, śniada i … jakaś taka spokojna się wydawała. Cóż … Pozory mylą.

03022013740.jpg

Śniadość to żółtaczka, włosy pojaśniały, a Dzidzia … Nasza Dzidzia prawdziwą „zgredzią” się okazała, a drugi człon tego przezwiska, w pierwszym roku jej życia nader często używany, przylgnął do niej na tyle mocno, że jeszcze dzisiaj wszyscy się z niego śmiejemy.

Testerka w każdym miejscu oraz pozycji zrzędziła. Awanturowała się w kolejce w sklepie, w wózku, w parku, na plaży, w tramwaju, w samochodzie, na kocu, na leżaku, w ogrodzie. W Gdańsku, Tczewie, Sopocie … Wszędzie. Cel był jeden – uwaga innych. Wziąć na ręce, kolana i chodzić z nią, chodzić, chodzić, chodzić … Być może spora w tym starszego brata zasługa, bo nie każdy mały człowiek od pierwszych dni życia zmuszony jest walczyć o życie oraz wszystko inne z zazdrosnym i niewiele starszym od siebie bratem. Oj działo się u nas w domu, działo …

Droga Lauro, rośnij nam zdrowa, radosna i szczęśliwa. I mimo wszystko (pewnie pożałuję, że to piszę) – nie zmieniaj się. Bo z Tobą, to się przynajmniej nie można nudzić.

IMG_20151107_105751.jpg

Reklamy

„Kucharia” – witamy nowych sąsiadów

Jako lokalni patrioci spieszymy donieść, że od około tygodnia na terenie gdańskiego osiedla „Garnizon” przy ulicy Słonimskiego 6 działa i ma się całkiem dobrze nowa kulinarna miejscówka o nazwie „Kucharia”.

IMG_20160119_174651.jpgIMG_20160119_174612.jpg

„Kucharia” to alternatywa dla odrobinę snobistycznych i cenowo bardziej wyśrubowanych sąsiednich restauracji oraz niewątpliwa konkurencja dla dotychczasowego potentata w branży obiadowej czyli „Kantyny”. A jest się czego obawiać.

Wystrój – z pomysłem, przyjemny i kameralny zarazem. Ceny – sporo niższe od kantynowych. Kuchnia – podobna, głównie polska i tradycyjna raczej. W ofercie wariacje z pieczonym w folii ziemniakiem w głównej roli, placki ziemniaczane, mnóstwo pierogów, racuchy, naleśniki, zupy, ryby, mięso. Wybór jest naprawdę spory. Osobne menu dla najmłodszych, pyszny kompot w cenie 2 zł za szklankę. Są również śniadania ze świeżo wypiekanym pieczywem i oraz wędzonkami z własnej wędzarni, przyzwoita kawa w jeszcze bardziej przyzwoitej cenie oraz ciasta. Jedzenie – bardzo smaczne, ładnie podane, spore porcje. O ile „Kucharia” utrzyma poziom cenowy oraz jakościowy, myślę, że stanie się ważnym punktem na gastronomicznej mapie „Garnizonu”.

IMG_20160119_174658.jpg

Jest również coś, co testerzy docenili najbardziej – ciekawie zaaranżowany kącik zabaw dla najmłodszych oraz hit nad hitami – w oczekiwaniu na zamówiony posiłek można zamiast na tradycyjnym krześle pobujać się na prawdziwych huśtawkach ! Wygląda na to, że zmuszeni będziemy wraz z testerami opracować inną drogę prowadzącą do fryzjera, bo w przeciwnym razie ciągle będziemy nasze wyprawy w „Kucharii” kończyć.

IMG_20160119_174705.jpg

IMG_20160119_174915.jpg

IMG_20160119_174937.jpg

Reasumując – kciuki trzymamy za powodzenie tego kulinarnego przedsięwzięcia i zachęcamy do osobistego przetestowania. Zarówno potraw jak i huśtawek. No i dajemy „piątkę”.

Koszałkowo zimową stolicą Trójmiasta

Na wstępie od razu zaznaczę – nienawidzę zimy. Z całego serca i duszy całej, a nasza dzisiejsza wyprawa jest dowodem na to, do jak wielkich poświęceń zdolna jest matka kochająca swoje dzieci. Czyli ja. Tym bardziej, że już sam początek wyprawy nie był dobry – zaspaliśmy.

Nie zasypiamy nigdy, mimo że nie mamy budzików. Takich tradycyjnych, bo nasze osobiste wrzeszczą i tupią każdego ranka punkt 6:00. Dziś – najprawdopodobniej w ramach odsypiania wczorajszej imprezy – odezwały się o 7:30, tak że nasze plany opuszczenia mieszkania przed godziną 8:00 nie wypaliły. No trudno. Skoro już nawet śniegowce kupiłam, to nie mogliśmy się tak łatwo poddać.

W „Koszałkowie” (Wieżyca) stawiliśmy się jakoś przed godziną 10. My, testerzy, dwie siatki zapasowych ubrań, spodnie i buty śniegowe razy dwa, plecak jedzenia, termos z herbatą i kasa. Kasa to podstawa oczywiście, chociaż na szczęście u podnóża stoku niczym grzyb rośnie sobie bankomat. I to sprawny. Parking – bezpłatny.

A za nami z minuty na minutę zapełniały się wszystkie okoliczne parkingi. Wydawało nam się, że jest tłoczno. Nieprawda. Prawdziwe tłumy pojawiły się koło południa.

Rozpoczęliśmy lajtowo czyli karuzela z dętkami – jeden przejazd (ok. 5 minut) to koszt 5 zł od dętki, niezależnie od ilości podróżujących w niej osób. Pierwsza przeszkoda – testerka odmówiła samodzielnej jazdy – pokonana. 10 kółek zaliczyłyśmy razem. W sumie nigdy wcześniej na czymś takim nie jechałam, a było nawet zabawnie.

IMG_20160124_134425.jpg

IMG_20160124_134511.jpg

Level numer dwa to stok do zjazdów na dętkach. Koszt jednego zjazdu na dętce to 3 zł w weekend, 2 zł w dni powszednie. Do nabycia bilet na z góry określoną przez kupującego ilość zjazdów, do wykorzystania przez cały dzień. Z racji młodego wieku testerów w grę wchodziło tylko zjeżdżanie razem, ale byliśmy na to przygotowani. Psychicznie i organizacyjnie (obie ręce wolne, niezbędny ekwipunek w plecaku taty testerów). No i kolejka też była. Taka z ludzi, nie górska. Na szczęście jeszcze krótka, bo było stosunkowo wcześnie. Długa była ta przy drugim podejściu, choć byli tam też i tacy, co w zeszły weekend 2 godziny w niej stali.

IMG_20160124_121743.jpg

Najpierw powolny wjazd na górę w rytm śpiewanej przez testerkę piosenki „Moja babcia i mój dziadek …” a w okolicach miejsca, w którym powinna zacząć się druga zwrotka, zaczyna się prawdziwa frajda czyli zjazd. Obawy o zachowanie testerki i ewentualną odmowę uczestniczenia w zabawie okazały się kompletnie bezpodstawne i młoda – mimo, że była chyba jedną z najmłodszych zawodniczek – aż piszczała z radości, a kiedy po dokładnie 10 zjazdach opuszczaliśmy stok, darła się jak opętana i niczym lwica walczyła o swoją dętkę.

IMG_20160124_123615.jpg

IMG_20160124_123618.jpg

IMG_20160124_123626.jpg

Trasy zjazdowe do dętek są dwie, stopień trudności podobny, tylko jeśli ktoś lubi jazdę powolną, najlepiej przyjechać rano, kiedy śnieg nie jest jeszcze bardzo ubity, bo przy drugim podejściu śmigaliśmy dwa razy szybciej z racji tego, że trasa była już z lodu.

IMG_20160124_124207.jpg

Po dętkach zaliczyliśmy również górkę dla zjazdów na sankach (atrakcja darmowa), ale tam poszło nam trochę gorzej. Podwójne, testerskie sanki nie są przystosowane do obecności osób dorosłych, a nawet nasz 4,5 – letni tester nie odważył się na samotną jazdę. Nasze „jabłuszka” zaś w sposób niekontrolowany wymykały się spod testerskich tyłków, a zjazd „na kombinezonie” chyba jednak nie należał do przyjemności. Myślę, że ta górka, to pomysł dopiero na kolejny rok.

IMG_20160124_104323.jpg

Obiad spożyliśmy tak jak wszyscy czyli w „Białym Misiu” u podnóża stoku. Wystrój delikatnie rzecz ujmując dancingowo-przaśny (hit- dyskotekowa kula pod sufitem), menu też jakoś szczególnie nie porywa, wykonanie potraw również, ale w sumie nikogo to nie interesuje. Ważne jest, żeby wejść, załapać się na stolik, zjeść coś i się ogrzać. Ceny – umiarkowane. Za obiad dla 4 osób zapłaciliśmy ok. 70 zł. I jest to towarzyskie serce stoku. Kogo my tam nie spotkaliśmy …

IMG_20160124_132352.jpg

IMG_20160124_132409.jpg

Z atrakcji dodatkowych dla testerów odpowiednich – na uwagę zasługuje mini plac zabaw z dwoma drewnianymi domkami oraz zjeżdżalnią, gdzie testerzy bawili się całkiem dobrze oraz długo, a także jeszcze przez nas nieprzetestowana szkółka narciarska dla dzieci. Temat raczej na przyszły rok, ale kto wie.

IMG_20160124_102634.jpg

IMG_20160124_135512.jpg

Reasumując – wrócimy na pewno. Na kilka godzin, nie na tydzień czy dwa Boże broń, bo mimo całej mojej do dzieci miłości, stanie w kolejkach w wilgotnej odzieży, ciężkich butach i z soplem lodu pod nosem, nie jest moją ulubioną formą rekreacji, tym bardziej, że od czasów mojej złamanej w wieku lat 8 nogi na nartach, sportom zimowym mówię stanowcze „nie”. No chyba, że zjazdom na dętkach 🙂 Zresztą sanki i łyżwy też mogą być, więc może nie będzie aż tak źle. A narty, to tylko wodne. Na Kanarach najchętniej, w styczniu albo lutym …

Krwawa sobota. Opowieść o uczeniu się na błędach.

Albo raczej o tym, dlaczego dzieci na błędach się nie uczą. Przynajmniej nie moje.

Była wcale nie piękna sobota czyli za oknem szaro, buro i ponuro, a zakupy i tak kiedyś zrobić trzeba. Ruszamy do jednego z marketów. Nazwę sobie daruję zgodnie z filozofią o niezarobkowym i niereklamowym charakterze tego blogowego przedsięwzięcia 😉

Przystajemy w dziale „wszystko dla domu” czy jakoś tak. Szukamy dzbanka do herbaty, przerywając sobie ciągłym upominaniem testerów biegających z wózkiem sklepowym oraz hasłem na ustach cyt.”z górki na pazurki”. Nawet mało wytrawny czytelnik wie, że w tym momencie opowieści zaraz COŚ się stanie. No i stało się.

Testerka leży na ziemi, wrzeszczy i broczy krwią niczym Andrzej Gołota po walce. Źródło krwawienia – dolna warga, strona prawa. Każdy, kto ma dzieci, przeszkolenie medyczne albo seriale o lekarzach za sobą, wie, że to wyjątkowo krwawy obszar. Szukam w trybie pilnym chusteczek oraz nr jej peselu w pamięci. Znowu nie zapisałam. Pewnie i tak nas na SOR przyjmą, ale trzeba będzie potem dzwonić i uzupełniać. Ok. Tylko spokój może nas uratować. Testerka wrzeszczy nadal, ale jakby z mniejszym przekonaniem. Warga też z krwawieniem stopuje, a tester o dziwo zastopował z bieganiem. Można nawet powiedzieć, że siostrze współczuje. Jest błoga cisza.

Tester z tatą zostają z zakupami, ja z testerką ruszamy w kierunku toalety. Nie powiem, wzbudzamy niemałe zainteresowanie. Biorąc pod uwagę stan odzieży, wyglądamy jak byśmy właśnie kogoś zamordowały. I jeszcze na dodatek zjadły, bo testerka umazana jest krwią na brodzie.

Po 5 minutach wracamy. Ja tłumaczę niebezpieczeństwa wynikające z biegania z koszem, szarpania się o niego itp., testerka kiwa głową, przytakuje, ale najbardziej zajęta jest wpychaniem sobie prawą ręką w lewy kącik ust żelek wyłudzonych po drodze w ramach pocieszenia. Już trochę podskakuje i ignoruje moją tyradę, ale jeszcze mam nadzieję na edukacyjny walor tego wypadku.

Nadzieja pryska niczym bańka mydlana wraz z pierwszym pytaniem testerki skierowanym do brata – „A gdzie jest nasz wózek ?? Kto zabrał ??! Biegamy ??”.

No właśnie. Bez komentarza.

I tyle, jeśli chodzi o uczenie się przez testerów na błędach. Mam nadzieję, że to po prostu jeszcze nie ten etap i że wszystko przed nami.

Ps. Z uwagi na dynamiczny przebieg akcji ratowniczej, materiał nie zawiera dokumentacji fotograficznej. W celach rozrywkowych dołączono fotografię z Marsa.

Image-1(2).jpg

Pierogi w „Mandu”

Wreszcie. Udało się ! Udało nam się w końcu dostać na obiad do sławetnej pierogarni „Mandu” w Oliwie. No może nie do końca „dostać”, bo oczywiście zapłaciliśmy, a stolik – po dwóch nieudanych akcjach wtargnięcia tam na tak zwanego „partyzanta” w końcu zarezerwowaliśmy wcześniej. I w ten oto sposób to na nas kolejka głodnych ludzi spoglądała z zazdrością w to sobotnie południe.

IMG_20160116_125427

Pierogi, bo to od nich zacząć wypada, są „przesmakowite” jak rzekła testerka, a lepią je na oczach klientów bardzo miłe panie w zabawnych czepkach. Daliśmy się skusić pierogowym wariacjom z pieca na puszystym, drożdżowym cieście (pieróg z łososiem, pierogi z gruszką i serem brie), ale i tak najsmaczniejsze okazały się tradycyjne, gotowane pierogi zamówione przez dzieci (dla testera z mięsem, dla jego siostry z truskawkami i sosem malinowym). Obie porcje zniknęły prawie w całości, a że ich spożycie poprzedzone było porcją pomidorówki, to należy uznać to za niebywały wręcz sukces.

Obsługa bardzo miła i wyjątkowo sympatyczna. Do tego – według naszego testera – konesera – „panie są ładne”. Może z racji fikuśnych opasek na włosach albo dlatego, że lizaki rozdawały, a może po prostu to najprawdziwsza prawda. W każdym razie w oczach testera zyskały uznanie.

Kącik zabaw całkiem spory, przytulny i jasny, co pozwoliło nam w spokoju spożyć nasze pierogowe specjały, a testerom spędzić przyjemnie czas z dala od naszego stołu.

IMG_20160116_125822.jpg

IMG_20160116_125302.jpg

Ceny – umiarkowane, bo za 4 porcje pierogów, 2 zupy, soki oraz karafkę wina zapłaciliśmy ok. 100 zł.

Wielka szkoda, że „Mandu” to przede wszystkim pierogarnia, bo chętnie wpadalibyśmy tam nawet na kawę, a tak po prostu za jakiś czas na obiad wrócimy. Dobra wiadomość taka, że niebawem „Mandu” otwiera kolejny lokal w centrum Gdańska, więc i tam przybędzie kolejny, godny polecenia i mam nadzieję, że przyjazny dzieciom punkt na gastronomicznej mapie miasta.

 

„Piosenkową spiżarnię” …

na weekend polecić miałam, ale zapomniałam.

1530940__kr.jpg

Źródło: http://dziecko.trojmiasto.pl/Koncert-familijny-Piosenkowa-Spizarnia-imp416486.html

Albo inaczej – pamiętałam, ale zadanie to pod naporem innych domowych obowiązków przepadło i jak się teraz okazało – całkiem dobrze wyszło. Bo w przeciwnym razie teraz teoretycznie przynajmniej mogłabym być zagrożona nawałem roszczeń o zwrot kasy oraz czasu poświęconych na to przedsięwzięcie.

Miejsce akcji – Filharmonia Bałtycka, czas akcji – niedziela, samo południe. Na miejscu my z testerami oraz jakieś kilkaset innych młodych adeptów muzyki w towarzystwie opiekunów.

Opis wydarzenia brzmiał intrygująco – najbardziej znane dziecięce przeboje w nowych aranżacjach. Każdy posiadacz dzieci pomysł kupi, tym bardziej, że ciekawie opisane, że wspólna zabawa, poznawanie instrumentów, dźwięków itp. itd.

IMG_20160117_121525.jpg

Dźwięki były, instrumenty również, ale do subiektywnej oceny przechodząc, to całość wyszła delikatnie rzecz ujmując … skromnie.

Koncert planowany był na 1 godzinę i 15 minut, rozpoczął się z 10-minutowym opóźnieniem, a skończył się po 55 minutach. Na scenie dwie artystki śpiewające oraz kilku muzyków. Wyraźnie zabrakło osoby, która wspomogłaby rzeczone panie „animując” dzieci, zachęcając je do wspólnej zabawy i wejścia na scenę. Ok, był to koncert, a nie przedstawienie teatralne, więc teoretycznie pusta scena dziwić nie powinna, ale zważywszy na fakt, że adresatami były dzieci w większości małe, nic by się nie stało, gdyby wprowadzić jakieś zabawne elementy czy to w ubiorze artystów czy też najskromniejszej choćby scenicznej dekoracji. Wykonanych zostało może 10-12 dziecięcych szlagierów w przeróżnych rytmach. Znawcą muzyki nie jestem, w chórze nigdy nie śpiewałam, ale nawet moje niewprawione ucho podpowiedziało mi, że pewnych naprawdę dobrych rzeczy na jeszcze lepsze zmieniać nie warto, bo często jest to przedsięwzięcie z góry na niepowodzenie skazane. Czy tak się w tym wypadku stało ?  Kwestia gustu i wieku może. Mnie w każdym razie nowe aranżacje nie porwały, testerom spodobały się może ze 2-3 kawałki. Zabrakło pomysłu na fajną interakcję ze słuchaczami, jakąś myśl przewodnią, zabawny dialog z dziećmi … No czegoś na bank brakowało i czuliśmy się trochę tak jak na próbie przed koncertem, gdzie pewne rzeczy omija się celowo a inne traktuje skrótem.

Zainteresowanym polecam posłuchać piosenek ze spiżarni na płycie albo w Internecie, aby w taki mało kłopotliwy sposób wyrobić sobie własne zdanie. Plus dzisiejszego wyjścia to na pewno czas spędzony razem w pięknym wnętrzu filharmonii oraz okazja do włożenia eleganckich sukienek oraz koszul. I te testerskie miny przejęte …

IMG_20160117_121454.jpg

 

Żegnaj Mikołaju, witaj Zającu …

Czyli pojawił się w końcu w naszej rodzinie nowy, uszaty argument dyscyplinujący testerów.

Ale zanim do tego doszło miało miejsce sprzątanie pozostałości po świętach. Sprzątanie z oporami, bo tak jak testerzy spieszyli się z ubieraniem naszego świątecznego drzewka, tak kompletnie nie interesowała ich kwestia jego rozebrania z bombek, łańcuchów i złotych jabłek. No jeszcze lampki choinkowe budziły jakieś emocje, ale też nieznaczne.

Fakt, może mało zdecydowana w tej kwestii postawa mamy też do działań nie zachęcała, ale za to perspektywa wielkiego czwartkowego sprzątania mieszkania ruszyła z kanapy całą rodzinę, zaś ostatecznym zamknięciem sezonu gwiazdkowego było uroczyste zeskrobanie przez testera ostatniej, cudem ocalałej  na szybie świątecznej naklejki. Żegnajcie święta, żegnaj Mikołaju –  pomocniku rodziców !

IMG_20160113_190933.jpg

IMG_20160113_190911.jpg

Oczywiście nie obyło się bez kilku spięć oraz sławnej, znanej wszystkim rodzicom przynajmniej dwojga tak zwanych pociech piosenki pt.”a ty nieee masz taaaakiego łańcuszka, taaaakiej bombki itp.”, śpiewanej w tak niebywale irytującej melodii, ale i tak patrząc wstecz nie sposób mimo wszystko nie zauważyć postępu, jaki dokonał się w siostrzano – braterskiej relacji testerów. W dobrą stronę płyniemy, a że szybciej by się chciało, to już inna sprawa.

Na zakończenie zaś operacji kryptonim „choinka” padło pytanie w tych śnieżnych okolicznościach dość zaskakujące: „Mamo, a kiedy przyjdzie do nas ten zając z prezentem ? Czy można już te jajka kolorować ?”. I natchnęło mnie ono pewną myślą.

” No nie można jeszcze niestety, ale wiecie dzieci – zajączek już patrzy kto jest grzeczny”.

No i tego będziemy się trzymać. Oby do wiosny.

IMG_20160113_192032.jpg

 

Kosmiczny weekend za nami

I całe szczęście. Bo jeśli ktoś – czyli na przykład ja oraz testerka – nie jest fanem fantasy, to ciężko taką dawkę jednorazowo przyjąć. Nawet jeśli dawka nie do końca jednorazowa była, bo nocny spoczynek je oddzielał.

IMG_20160109_153849.jpg

Testerka fanką „Star Wars” nie jest i nic na wskazuje na to, aby miała nią zostać, więc sobotnią wycieczkę po krainie Gwiezdnych wojen przyjęła z umiarkowanym entuzjazmem. Na kilka aktywności dała się namówić, trochę kibicowała ojcu i bratu, ale  żeby tak z przekonaniem, to nie powiem. Sprawę ratowała obecność punktów handlowych, które ochoczo zwiedzała przewracając a to w rajstopach, a to w butach, a to w pastach do zębów … Jak to kobieta 😉 Z o wiele większą ochotą podchwyciła za to pomysł spaceru, a kolejną wizytę u zwierzaków w szopce przy Kościele, to już w ogóle euforia.

IMG_20160109_151420.jpg

IMG_20160109_151657.jpg

IMG_20160109_153837.jpg

IMG_20160109_151518.jpg

W niedzielę z sąsiedzkiej uprzejmości zajrzeliśmy na chwilę do naszego sklepu osiedlowego czyli Galerii Bałtyckiej. Hasło przewodnie imprezy „Księżycowa krainą” nas z testerką entuzjazmem nie napawało, ale tu – oprócz wielu znajomych – spotkała nas również mega niespodzianka w postaci … sesji zdjęciowej 3D w strojach kosmonautów. Nawet tata testerów załapał klimat i dał się w tej aranżacji sfotografować. Na razie czekamy na profesjonalne efekty, które dojść mają do nas mailem niebawem.

IMG_20160110_123843.jpg

Sanki. No właśnie. Sanki być miały. Sanki w ten weekend nie wypaliły. Przyczyna ? Prozaiczna. Zapomnieliśmy zabrać w piątkowe popołudnie testerskich kombinezonów z przedszkola. Na szczęście pogoda się do naszego zapominalstwa dostosowała i dzieciom nawet nie było jakoś specjalnie szkoda.

A na weekend polecam …

Sanki ! O ile aura pozwoli, to może będzie wreszcie okazja, aby nasze podwójne sanie odpalić. Szansa na szusowanie w środku miasta raczej niewielka, ale jesteśmy na tyle zdeterminowani, że całkiem możliwe, że ruszymy w poszukiwaniu jakiejś górki adekwatnej do wieku i sprawności testerów. Zwłaszcza, że kaski rowerowe będzie im ciężko na czapki wcisnąć 😉

Poza tym – dla osób nie tolerujących chłodu i przejawiających potrzeby w zakresie zakupów (zwłaszcza w kontekście kwitnących wyprzedaży) – polecam maraton handlowy czyli: Gwiezdne wojny w CH Alfa (sobota i niedziela) oraz Księżycowe Miasteczko w Galerii Bałtyckiej (niedziela). W ofercie szereg atrakcji, które potencjalnie są w stanie zainteresować testerów w wieku dowolnym, a także ich ojców – fanów Gwiezdnych wojen, podczas gdy matki będą miały możliwość oddania się przyjemnościom płynącym z owocnych zakupów. Nie ukrywam, że podoba mi się ta perspektywa.

Poza tym oczywiście tradycyjnie teatrzyki. A dla tych, którzy chwilowo pomysłów nie mają, zima ich ulubioną porą roku nie jest a spacery to stanowczo za mało, aby we właściwy sposób spożytkować energię swoich potomków, mam rozwiązanie awaryjne. Może zabrzmi to dziwnie, ale polecam prace domowe. I nie ma to nic wspólnego z odrabianiem lekcji. Lekcje powinny być już wtedy odrobione.

Zazwyczaj dzieci trzymamy od tego rodzaju obowiązków z daleka, wszak dzieciństwo jest po to przede wszystkim, aby się rekreacją i celowanym rozwojem trudnić, ale ostatnio, przy okazji prozaicznej jak się wydawało czynności „odkamieniania” ekspresu do kawy, do której dopuszczony został w bardzo ważnym charakterze asystenta taty tester, okazało się, że nic ostatnio nie ucieszyło i nie zajęło go bardziej jak to właśnie zadanie. A jeśli dodać do tego fakt, że wszystkie czynności wykonywał z przejęciem i ogromną precyzją, a do tego posłusznie i pod dyktando taty, to naprawdę nie mam żadnych oporów, aby zajęcia takie jako formę rozwoju i rozrywki zarazem wszystkim rodzicom polecić. Tym bardziej, że podobna „asysta”sprawdziła się u nas przy okazji kilku innych domowych czynności, w wykonywaniu których z radością i powagą uczestniczyli testerzy.

IMG_20160104_182100IMG_20160104_182219

IMG_20160104_182147

Plusy – niewątpliwie pożyteczny charakter działań, uczenie dobrych nawyków, wspólne spędzanie czasu. Minusem jest jedynie przedłużenie standardowego czasu wykonywania czynności oraz uporczywe pytania w stylu „tato, a kiedy znowu będziemy odśnieżali ekspres ??”.

„W gościach” czyli łagodząc obyczaje

Celem potwierdzenia naszych wcześniej już na tym blogu wysnutych przypuszczeń o negatywnym wpływie tajemniczej „żyły wodnej” znajdującej się pod naszym mieszkaniem na dwóch zamieszkujących tu małych ludzików zwanych testerami,  wybraliśmy się w ostatnią mroźną sobotę z noworoczną wizytą do naszych przyjaciół – cioci Ani i wujka Piotra.

Początek dnia nie zapowiadał się najlepiej, z racji mało przyjaznej  postawy testerki wobec brata oraz niezbyt mądrych pomysłów tegoż brata względem wyżej wymienionej, więc perspektywa opuszczenia lokum wydawała się wyjątkowo kusząca. Już nawet zakupy robione w wymuszonej okolicznościami obecności testerów przebiegły sprawniej niż taka wydawałoby się prozaiczna czynność jak poranne ubieranie, więc teoria o istnieniu „żyły wodnej” jawi nam się nadal jako bardzo prawdopodobna.

Początek pobytu na terenie „nie swoim” sprowadza się u testerów do delikatnego na szczęście i niezbyt nachalnego dla domowników badania terenu. Po okresie wstępnej ekscytacji zapachem nowości nastaje faza druga czyli „jakby tu w zabawę wciągnąć kogoś z dorosłych”. W tej fazie zdarzają się sporadycznie okresy silnego wzburzenia wymagające interwencji (pozdrawiamy ciocię Anię), ale ogólnie, po jakimś kwadransie nastaje błogi czas, kiedy to tester z testerką animują się wzajemnie, pozwalając nam dorosłym bawić się samodzielnie. I trwa to naprawdę zadziwiająco długo. Czyli (tu reklama) – jako goście jesteśmy znośni. I przyjaźni. I startujemy właśnie z zapełnianiem kalendarza wizyt na 2016 rok 😉

PS. Wpis dedykowany cioci i wujkowi – budowniczym namiotu oraz twórcom kreatywnej biżuterii z klamerek. Niechaj moc i święta cierpliwość będą z Wami !

IMG_20160102_190100